Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 13 grudnia. Imieniny: Dalidy, Juliusza, Łucji
07/01/2019 - 17:00

Było jak w horrorze. Co jeszcze przydarzyło się w nocy krynickim goprowcom

Przemoczeni, zmęczeni i głodni ratownicy z krynickiej grupy GOPR po jedenastej w nocy zakończyli tocząca się na dwa fronty akcję ratowania turystów ze śnieżnej pułapki, najpierw na szlaku z Cyrli na Halę łabowską i potem samotnie wędrującego na Przehybę chłopaka. Ale to nie był jeszcze happy end. Potem w dyżurce zadzwonił telefon.

Najpierw było trzech turystów, którzy nie byli w stanie dotrzeć do schroniska na Przehybie, potem, chłopak, który przez wiele godzin wędrował z doliny Jamnego w Ochotnicy Górnej w stronę schroniska PTTK na Turbaczu. W kolejną śnieżna pułapkę wpadli turyści na szlaku z Cyrli na Halę łabowską i znowu powtórka z Przehyby. A na koniec? Po prostu szkoda gadać. Taki czarny weekend na białym śniegu mieli goprowcy.

-  To miała być dla mnie leniwa niedziela. Najpierw byłem na długimspacerze z psem nad Dunajcem, potem wskoczyłem w dres, zrobiłem sobie herbatę i usadowiłem się w fotelu. Siedziałem... trzy minuty - mówi ratownik z krynickiej grupy GOPR Maciej Więcek. - Potem zadzwonił telefon. Usłyszałem, że trzeba ratować turystów, którzy zaginęli na szlaku z Cyrli na Halę Łabowską. Więcek uczestniczył  w dwóch, niedzielnych akcjach ratowania turystów, toczonych na dwa fronty.

Poprzedniego dnia jego koledzy ratowali trójkę młodych ludzi, którzy zapadając się po  pas w śniegu, nie byli wstanie dotrzeć do schroniska na Przehybę. Z kolei goprowcy w Podhalańskiej Grupy GOPR musieli ruszyć z odsieczą turyście, który przez wiele godzin wędrował z doliny Jamnego w Ochotnicy Górnej w stronę schroniska PTTK na Turbaczu.

Czytaj też W śniegu po pas po nocy błąkali się pod Przehybą. Ratowali ich goprowcy

Czytaj też Musieli szukać i ratować kolejnego szaleńca, który poszedł w góry

Najbardziej dramatyczny był niedzielny wieczór, kiedy niemal jednocześnie trzeba było wyciągać ze śnieżnej pułapki ludzi, którzy zaginęli na szlaku z Cyrli na Halę Łabowską i samotnie wędrującego na Przehybę chłopaka, o czym szczegółowo do północy relacjonowaliśmy na łamach "Sądeczanina". Akcja zakończyła się po jedenastej w nocy.

Czytaj też Horror w górach. Jednych ratowali na Łabowskiej, potem był dramat pod Przehybą

Ale to nie był koniec. Zaraz potem w dyżurce ratowników odezwał się alarmowy telefon.

-Dzwoniła kobieta z Nowego Sącza i powiedziała, że na paśmie górskim, które widzi z okna swojego domu, ktoś nadaje sygnał alarmowy latarką - mówi ratownik krynickiej grupy GOPR Adam Lelito. - No i jak to zlekceważyć - stawia retoryczne pytanie.-  Najgorsze, że kobieta nie była w stanie powiedzieć, co to pasmo.

Lelito długo się nie zastanawiał tylko szybko skontaktował się z ratownikami, którzy jeszcze nie zdążyli wrócić po zakończonych akcjach.

- No i co miałem robić. Znowu wysłałem tych samych ludzi , którzy byli w terenie,  zmoczonych, zziębniętych i głodnych. Pojechali do tej pani sprawdzić skąd świeci to światło.  Okazało się, że to Beskid Wyspowy nad Limanową.

Jak opowiada ratownik, za chwilę pojawiło się więcej tych świateł. Wtedy ratownicy byli już byliśmy pewni, że to nie jest jedna osoba, ale jakaś cała grupa. Nie było więc zagrożenia, tym bardziej, że nikt przecież ze szlaku nie wzywał pomocy.  

- W ogóle ciężko to było zlokalizować. dodaje Lelito. - Może to była jakaś droga, może po prostu ktoś się bawił jakimiś laserami, ale zgłoszenie było i na takie też musimy interweniować. Te wszystkie informacje, o tym, że turyści przy takiej pogodzie wychodzą w góry, a potem sobie nie radzą, działają ludziom na wyobraźnię. A my musimy w takich sytuacjach reagować.

Głupota, brawura, lekkomyślność? Jak inaczej powiedzieć o turystach, którzy mimo ostrzeżeń o zagrożeniu lawinami z zapamiętaniem wędrują po nocy po górach.Goprowcy apelują o wyobraźnię i odpowiedzialność do tych, którzy mimo ostrzeżeń ruszają w góry.

- W ogóle odradzamy wyjście ma szlak. W paśmie Radziejowej jest zagrożenie lawinami. Szczególnie niebezpieczna jest trasa prowadząca na Przehybę od Gabonia. Od dolnej stacji starego wyciągu, po kamień świętej Kingi, stok jest stromy. Kilka lat temu to właśnie tam zeszła bardzo duża lawina. Teraz dostaliśmy informację, że w jednym ze żlebów zsunęła się masa śniegu.

Czytaj też Wyścig ze śmiercią. Czekali zrozpaczeni na ratunek. Karetka wpadła do rowu 

Jak tłumaczy goprowiec, pod zwałami świeżego puchu leży stara, zmrożona warstwa. To dlatego dwie śnieżne pokrywy nie są ze sobą zespolone. Lawina, pod niewielkim nawet ciężarem wędrujących szlakiem turystów, może w każdej chwili się osunąć lub zejść samoistnie,

- Do tego, żeby w ogóle wyjść w tej chwili w góry, niezbędny jest sprzęt skiturowy lub śnieżne rakiety. Szlaki nie są przetarte - ostrzega Wojciech Pikor. Nawet skutery grzęzną w śniegu. A jeśli już uda się przejechać, za dwie trzy godziny przy tak intensywnych opadach śniegu nie ma po tym śladu.

[email protected]  fot. Maciej Więcek GOPR




Dziękujemy za przesłanie błędu