Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 5 sierpnia. Imieniny: Emila, Karoliny, Kary
24/06/2021 - 06:35

Małgorzata – prawie rok po COVID-19: choroba, potem strach

Małgorzata, moja koleżanka z pracy nie wspomina minionego lata raczej dobrze. Biorąc pod uwagę to, że przez prawie dwa tygodnie toczyła w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie w śpiączce walkę z zabójczym koronawirusem i ją wygrała należy uznać za …dar od Boga. W lipcu ubiegłego roku był taki czas, że balansowała na granicy życia i śmierci. Udało się. Pokonała koronawirusa. Na ile zmieniło to jej życie?

– Mam poczucie, że wróciłam z dalekiej podróży, że dostałam drugie życie – mówiła w obszernym wywiadzie, którego udzieliła Sądeczaninowi w październiku 2020 roku, dwa miesiące po wyjściu ze szpitala.

Wtedy zakładała oczywiście, że przed nią jeszcze bardzo długa droga – dochodzenia do siebie. Odzyskiwania sił, wzmacniania odporności organizmu, która przez groźny wirus spadła praktycznie do zera.

Z jakimi skutkami po zakażeniu będzie musiała się zmierzyć? Wtedy było to dla niej wielką niewiadomą.

Koronawirus u większości ozdrowieńców pozostawia, niestety, jakieś skutki uboczne. To efekt zakażenia. U jednych te powikłania są bardziej nasilone, u innych nie. Tylko nieliczni wychodzą po tej infekcji obronną ręką. Ona, niestety do tych osób nie należy. Za nią kolejny miesiąc pocovidowej, specjalistycznej rehabilitacji. Jak wygląda jej życie po koronawirusie?

– Jest .... na pewno nieco inne – odpowiada po namyśle

Małgosiu, kiedy poprosiłam Cię, abyś opowiedziała dalszą część swojej koronawirusowej historii, związanej już z Twoją rehabilitacją podchodziłaś do tej prośby z pewną rezerwą. Jednak się zdecydowałaś. Co skłoniło Cię do tego, że zmieniłaś zdanie?

- Kiedy powiedziałaś Igo, że będziesz ponownie pisać o moich zmaganiach z chorobą, pomyślałam... ojej, znowu. To będą takie "odgrzewane kotlety". Wcale do kolejnej rozmowy nie byłam przekonana…I wtedy dostałam wiadomość od mojej kuzynki, że wujek jest w szpitalu, stan ciężki, pod respiratorem. Wirus zaatakował płuca, nerki i wątrobę ... I wtedy pomyślałam, trzeba jednak ciągle przekonywać ludzi, jak niebezpieczna i czasami agresywna jest ta choroba.

Jesteś jedną z wielu osób, które zachorowały na COVID-19, ale jesteś też jedną z tych, które to zakażenie przeszły bardzo ciężko. Masz za sobą pobyt w szpitalu, masz za sobą farmakologiczną śpiączkę, masz za sobą wspomaganie respiratorowe. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w pierwszych dniach, tygodniach po powrocie ze szpitala do domu?

- W zasadzie wszystko. Każda czynność, jaką musiałam wykonać wiązała się dla mnie z ogromnym wysiłkiem. Wyjście na trzecie piętro w bloku, w którym mieszkam było nie lada wyzwaniem. W połowie drogi musiałam robić obowiązkowy przystanek. Problemem było też zaczerpnięcie powietrza pełna piersią. Jeszcze teraz są takie chwile, że mam z tym problem. Pamiętam, że w pierwszych tygodniach po wyjściu ze szpitala dosłownie nokautowało mnie ogromne osłabienie. Czułam się tak, jakby siły zupełnie mnie opuściły. Był to właśnie efekt przebytej infekcji. Pamiętam też, że w pierwszych tygodniach po chorobie towarzyszył mi też permanentny niepokój, a nawet strach.

Strach?

- Strach o to, co będzie dalej. Czy zdołam w pełni odzyskać siły, jakie efekty uboczne pozostawił w moim organizmie wirus... Bałam się nawet najdrobniejszej infekcji. Dmuchałam na zimne, aby czymś się nie zakazić.

W twoim przypadku było to jak najbardziej uzasadnione…

- Moja odporność była praktycznie równa zeru. Przez pierwszy tydzień po powrocie ze szpitala w ogóle nie wychodziłam z domu. Zalecali mi to zresztą lekarze z oddziału chorób wewnętrznych sądeckiego szpitala, gdzie trafiłam prosto po prawie miesięcznym pobycie w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Kiedy mnie przywieziono do Sącza nie byłam w ogóle osobą chodzącą. Byłam tak słaba, że nawet podniesienie ręki czy poprawienie kołdry na łóżku wiązało się z ogromnym wysiłkiem. To sądeccy lekarze i pracujący na tym oddziale rehabilitanci, można powiedzieć, postawili mnie na nogi. To pod ich opieką uczyłam się od nowa chodzić. Kiedy otrzymywałam wypis w połowie sierpnia ubiegłego roku, moja lekarz prowadząca powiedziała mi: pani Małgosiu ze szpitala prostu do domu. Zaznaczyła, że na razie muszę odpuścić sobie wizyty w sklepach, spotkania z rodziną i znajomymi.

Opuszczając sądecki szpital wiedziałaś już, że w domu nie zagrzejesz długo miejsca. Wiedziałaś, że czeka Cię jeszcze pobyt w sanatorium, w którym realizowany był pilotażowy program rehabilitacji osób po COVID-19. Nie miałaś dość szpitali, rozłąki z bliskimi?

- Za sobą miałam udaną walkę o życie i opuszczając oddział covidowy Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie i oddział chorób wewnętrznych Szpitala Specjalistycznego im. J. Śniadeckiego w Nowym Sączu wiedziałam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby wrócić do formy sprzed choroby. Ucieszyłam się, kiedy okazało się, że zostałam tak szybko zakwalifikowana na turnus rehabilitacyjny w sanatorium w Głuchołazach. Zaznaczę, że było to jeszcze przed jesienną, drugą falą pandemii w 2020 roku. Wtedy takich ośrodków rehabilitacji pacjentów po przebytym COVID-19 praktycznie nie było. Sanatorium w Głuchołazach jako pierwsze realizowało taki program pilotażowy. Moje zgłoszenie wysłała lekarz prowadząca mnie w sądeckim szpitalu.

Na czym polegała ta rehabilitacja?

Czytaj na następnej stronie TUTAJ







Dziękujemy za przesłanie błędu



Miesięcznik Sądeczanin sierpień 2021