Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 1 marca. Imieniny: Albina, Antoniny, Radosławy
22/01/2024 - 08:15

Był punkiem, teraz jest przedsiębiorcą. Kiedy startował z biznesem w Sączu, niektórzy pukali się w czoło

Na pytanie o uniwersalną receptę na sukces, Jacek Sikora, właściciel sądeckiej firmy Vitberg, odpowiada krótko: czasem trzeba zacisnąć zęby i się nie poddawać. Wystarczy poszukać potencjału w tym wszystkim, co już potrafimy, czego się nauczyliśmy, co jest dla nas ważne i to wykorzystać. No i trzeba zasuwać. Innego wyjścia nie ma.

Od zawsze miał głowę do zarabiania pieniędzy

Już jako szesnastolatek Jacek Sikora wziął sprawy w swoje ręce, bo chciał być finansowo niezależny. Chodził jeszcze do ogólniaka w Wodzisławiu Śląskim, kiedy zaczął pracować w studenckiej spółdzielni.

- Byłem rosłym młodzieńcem i nikt mnie o wiek nie pytał, bo wyglądałem na dwadzieścia  lat. Poza tym w papierach wszystko się zgadzało. Figurowało tam nazwisko prawdziwego studenta. Malowałem suwnice w kopalniach. To były prace wysokościowe, do czego nie miałem żadnych  uprawnień. Dziś taki numer by nie przeszedł, ale to był 1985 rok.   Za komuny nikt się takimi rzeczami nie przejmował – opowiada ze śmiechem biznesmen.  - Byłem wtedy bardzo zajętym młodym człowiekiem. Wstawałem o czwartej rano i wpół do piątej zaczynałem robotę. Kończyłem przed ósmą, a potem gnałem do szkoły. Czasem po lekcjach znowu szedłem do pracy, choć na ogół starałem się oddawać swoim pasjom.

Jakie były pasje nastoletniego Jacka Sikory? Grał na elektrycznej gitarze w zespole punkowo-rockowym, który założył z kumplami. Organizowali wtedy w domu kultury Rydułtowy, Muzyczne Salony Odrzuconych. To była alternatywa dla koncertów w Jarocinie, akceptowanych przez ówczesne komunistyczne władze.

- Dla mnie to był taki mainstream tamtych czasów, któremu należało się przeciwstawić. Przeżywałem wtedy czas  buntu, co manifestowałem też swoim wyglądem.  Był okres, kiedy nosiłem się w stylistyce punkowej, potem ubierałem się jak muzycy brytyjskiej rockowej grupy The Cure, przyszła też fascynacja stylem metalowym i grunge. W latach osiemdziesiątych te wszystkie subkultury wymuszały przynależność do jakiejś grupy. Ja trzymałem się subkultury muzyczno-punkowo-rockowej – wspomina.

Czytaj też Ksiądz, który chodzi do zła w Nowym Sączu. Zagląda w najczarniejsze zakamarki ludzkiej duszy  

Punk z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi

Jednak Sikora był punkiem nietypowym, bo zamożnym. Zarabiał wtedy więcej niż przodowy górnik w kopalni. Na co wydawał pieniądze? Kupował płyty, do tej pory ma bardzo bogatą kolekcję winylów, kupował też sprzęt muzyczny. Stać go było na markową gitarę gibson sg, sprowadzoną z Nowego Jorku!

Mimo wszystko  pieniądze nie przewróciły mu w głowie, a praca nie przeszkodziła w tym, żeby całkiem nieźle się uczyć. Maturę w 1987 roku zdał ze średni wynikiem cztery i pół i postanowił zostać prawnikiem. Egzaminy wstępne zdał, ale na studia na Uniwersytecie Śląskim się nie dostał. Wtedy otrzymywało się punkty za tak zwane pochodzenie. Premiowane były dzieci chłopów i robotników. Ponieważ  matka Sikory, która uczyła w szkole średniej, miała wyższe wykształcenie, zyskał status kogoś kto wywodzi się z inteligenckiej rodziny i punktów nie otrzymał.

Problem polegał  na tym, że jeśli po maturze ktoś się dalej nie kształcił, brali go do wojska. Sikora przed armią uciekł do pomaturalnego studium górniczego. Po roku znowu próbował dostać się na prawo. I znowu nie do końca mu się powiodło. Został tak zwanym wolnym słuchaczem, a więc mógł chodzić na zajęcia. Drogę do bycia pełnoprawnym studentem miała mu otworzyć półroczna praca społeczna na rzecz uczelni.

- Na początku podszedłem do tego rozwiązania z entuzjazmem, ale któregoś dnia, kiedy sprzątałem po jakiejś studenckiej imprezie klatkę schodową,  pomyślałem sobie: co ja tutaj robię. Rzuciłem to wszystko w diabły, tylko że znowu musiałem uciekać przed armią – opowiada. 

Czytaj też Ma wymiary XXL. Gabriela z Nowego Sącza robi zawrotną karierę jako modelka. O tym tylko w „Sądeczaninie” [ZDJĘCIA] 

Najbardziej wyluzowany sztygar w kopalni

Wojsko można było wtedy odrobić w straży pożarnej, w pogotowiu na posadzie sanitariusza albo w kopalni.  Jako zdeklarowany pacyfista, Sikora nie mógł wziąć do ręki karabinu. Ale nie chciał też być strażakiem ani jeździć w karetce pogotowia. Pozostawała więc kopalnia. I tak został górnikiem. 

Z własnego wyboru zawsze chodził do roboty na nocną szychtę, która  zaczynała się o w pół do pierwszej w nocy. Dlaczego? Bo odezwała się w nim  biznesowa żyłka. To był 1988 rok, początek wolnorynkowej gospodarki, który przyniósł prawdziwy wybuch przedsiębiorczości.  Razem z kolegą Sikora prowadził wypożyczalnię płyt kompaktowych. Wtedy, takie płyty  stanowiły luksusowe dobro, niedostępne w sklepach. Jacek Sikora przywoził je z Niemiec, gdzie miał rodzinę. Wydawał na to wszystkie zarobione pieniądze. Ale ten interes szybko się skończył. Kiedy z kumplem startowali z wypożyczalnią,  nikt w Polsce nie przejmował się prawami autorskimi. Nawet nie mieli świadomości tego, że to nielegalne. Kres biznesowi położyło wejście  w życie regulujących to przepisów prawa.

Zanim jednak Sikora zamknął wypożyczalnię musiał  dawać rade z pracą  na dwóch posadach. – Prawdę mówiąc, w kopalni się nie przemęczałem. Byłem motorniczym kolejki, która przewoziła pod ziemią górników. Potem, po skończeniu kursów, zostałem sztygarem, najbardziej wyluzowanym na kopalni – opowiada ze śmiechem. - W ogóle się nie interesowałem pracą. Sprzyjała temu moja nocna szychta. To były godziny, kiedy od ludzi nie wymagano zbyt wiele. Chodziło bardziej o utrzymanie ruchu w kopalni, choć oczywiście zdarzały się zmiany bardzo pracowite. Ale przyznaję z ręką na sercu, że kiedy tylko zdarzała się okazja, żeby nic nie robić, górę brały moje anarchistyczne poglądy. Byłem bardzo „chorowity”, a jeśli już szedłem do roboty, lubiłem się zaszywać w  zamkniętych szybach, gdzie zwyczajnie drzemałem, bo byłem ciągle niedospany.

Pod ziemią udało mu się szczęśliwie przeczekać aż do momentu, kiedy dostał wiadomość, że formalnie został przeniesiony do rezerwy. Z dnia na dzień złożył wypowiedzenie i postanowił, że poszuka innego zajęcia.

Czytaj też Jak Anglik, Włoch, Gruzin pokochali Nowy Sącz. Czy znaleźli tu swoje miejsce na ziemi?

Oszałamiająca kariera domokrążcy

Jacek Sikora był już wtedy żonaty i ta decyzja przyprawiła o rozpacz jego teściów. Dla nich było nie do pojęcia, że można zrezygnować z  pewnej i dobrze płatnej pracy w kopalni. Ale on się uparł. Wkrótce potem znalazł ogłoszenie. Jakaś firma handlowa z Rybnika szukała pracowników. Okazało się, że to amerykańska spółka, a robota polega na akwizycji. Wymagało to zarejestrowania własnej działalności gospodarczej. Umowa była oparta na franczyzie. Pomyślał: wchodzę w to. I tak w 1993 roku został handlowcem, a właściwie to domokrążcą, bo chodził od domu do domu i sprzedawał przeróżne rzeczy, na przykład elektryczne obieraczki do ziemniaków, różne pojemniki i sprzęt AGD…

- Prawdę mówiąc to było straszne badziewie, z czym miałem moralny problem, bo ludzie to ode mnie chętnie kupowali, choć niekiedy mówiłem im szczerze, że to dziadostwo, ale zaraz dodawałem, że to może im się przydać. A poza tym, to było wszystko tanie. Bo sama idea działania tej firmy opierała się na sprzedaży dużej ilości towaru z mikromarżą. Naprawdę leżała mi ta robota, bo świetnie się przy tym bawiłem. Ja po prostu lubię sobie ze wszystkiego żartować, a po odejściu komuny ludzie stali się bardziej pozytywnie nastawieni do życia.

W narodzie wybuchł entuzjazm. Handlowało się wszystkim, a sprzedawane przeze niego  rzeczy, ładne i kolorowe, tak bardzo różniły się tym, co było w sklepach za zgrzebnych czasów PRL-u. Ponieważ Sikorze szło świetnie, bardzo dobrze zarabiał. Jak opowiada, nigdy nie przypuszczał, że ma taki talent do handlu.

"Mamy problem w Nowym Sączu"

- Któregoś dnia dyrektor jednego z oddziału mówi do mnie: słuchaj Jacek, jesteś w tym świetny, a my mamy problem w Nowym Sączu. Pracuje tam dziewczyna, która sobie słabo radzi. Może byś tam wpadł i trochę jej pomógł.

I tak Jacek Sikora przyjechał do Nowego Sącza, gdzie swój talent do handlu przekuł w poprzedzony wielką klapą, biznesowy sukces, firmę Virberg.

Cały artykuł można przeczytać w internetowym wydaniu miesięcznika „Sądeczanin” KLIKNIJ  TUTAJ  oraz w  tradycyjnym, papierowym wydaniu periodyku. ([email protected])

O czym jeszcze można przeczytać w styczniowym numerze miesięcznika? 

Gdzie można kupić  miesięcznik "Sądeczanin"?

Nowy Sącz

  • Księgarnia-Antykwariat BESTSELLER, Nowy Sącz, ul. Sobieskiego 1
  • Firma Handlowa DANEK, Nowy Sącz, ul. Barbackiego 45
  • MUSICBAN, Nowy Sącz, ul. Barbackiego 15
  • Kiosk wielobranżowy, Nowy Sącz, ul. Jagiellońska 23
  • Spółdzielnia Ogrodnicza Ziemi Sądeckiego, Nowy Sącz, ul. Chopina 10
  • Sklep Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej, Nowy Sącz, ul. Sobieskiego 22
  • ADeeM – Dariusz Migacz, ul. Lwowska 66A, Nowy Sącz

Poza miastem

  • Kamianna: Pasieka Barć Kamianna, Kamianna 17 (gmina Łabowa)
  • Brzezna: Sklep spożywczo-przemysłowy BEATRICZE, Brzezna (gmina Podegrodzie)
  • Łącko: Firma Handlowa PASOŃ, Łącko 214
  • Grybów: SHP SKŁADNICA GRYBÓW, ul, Rynek 1, Grybów
  • Stary Sącz: Kiosk TRAFIKA, ul. Rynek 12, Stary Sącz
  • Łacko: QSi Sport Leszek Pasoń

Przypominamy o ofercie prenumeraty naszego miesięcznika, którą można rozpocząć w dowolnym momencie. Po wykupieniu prenumeraty "Sądeczanina" co miesiąc na wskazany adres będziemy wysyłać za pośrednictwem poczty najnowsze wydanie periodyku. Więcej informacji: Bogusława Berdychowska - tel. 18 475 16 26, mail: [email protected]







Dziękujemy za przesłanie błędu