Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Poniedziałek, 8 marca. Imieniny: Beaty, Juliana, Wincentego
23/01/2021 - 19:05

Pograniczników nie widać, ale tu przeprawa może nas kosztować 1,6 tysiąca euro

Mimo różnych zawirowań pogodowych co weekend widać na szlakach dziesiątki turystów. Wielu zastanawia się jak to jest ze szlakami polsko – słowackimi. Można iść swobodnie czy zawracać na granicy? Dziś sprawdziliśmy to na wyjątkowo lubianej przez Sądeczan trasie Szczawnica – Czerwony Klasztor. Strażników na granicy nie widać, ale ta przeprawa może nas kosztować 1,6 tysiąca euro.

Pograniczników nie widać, ale ta przeprawa może nas kosztować 1,6 tysiąca euro

Samochodów na rejestracjach KN, KNS czy KLI w każdy weekend widać w Szczawnicy bez liku. Mieszkańcy naszego subregionu tłumnie tu zjeżdżają by skorzystać – na rowerach, a przy obecnej pogodzie przede wszystkim na pieszo i biegowo – z fantastycznej trasy prowadzącej ze Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Nie ma co ukrywać – niezależnie od poru roku wypoczynek wzdłuż przełomu Dunajca to fantastyczna sprawa.

Dziś byliśmy tu wypocząć i my. Pierwsza rzecz – ludzi było zdecydowanie mniej niż zazwyczaj, ale jak już przyjeżdżali to całymi rodzinami i paczkami przyjaciół. Było wyjątkowo ciepło więc większość za cel obierała Czerwony Klasztor. To bardzo bezpieczny, dogodny szlak z minimalnymi przewyższeniami, który śmiało można pokonać również z małymi dziećmi w wózku.

Szlak biegnie przez Pieniński Park Narodowy a miejsce gdzie przechodzi z Polski już na tereny słowackie jest bardzo dobrze oznakowane – na granicy jest mała chata, w której zazwyczaj działa bar i przystań flisacka.

Zobacz też: Mosty rowerowe VeloDunajec rosną w oczach. Niebawem dojedziemy do Szczawnicy

Wszyscy, z którymi tu się spotkaliśmy zastanawiali się – granica polsko słowacka nie jest formalnie zamknięta jak podczas pierwszego lockdownu. Od gospodarzy parkingu w Szczawnicy usłyszeliśmy, że wtedy stali tu strażnicy graniczni. Dziś ich nie widać choć wjazd na Słowację jest dla Polaków ograniczony. Każdy kto chce wjechać na tereny naszych południowych sąsiadów musi mieć przy sobie test na obecność COVID-19, oczywiście z wynikiem negatywnym, wykonany najwcześniej na trzy dni przed przekroczeniem granicy.

Wspominany właściciel parkingu twierdzi, że mimo to codziennie wiele osób decyduje się na dojście do Czerwonego Klasztoru bez takiego testu. Jeszcze się nie zdarzyło, by kogoś między punktem granicznym a klasztorem zatrzymano do kontroli. - Wszyscy, którzy stamtąd wracają mówią, że jest okey, ale nikt nie wbijał się bezpośrednio do centrum tej miejscowości. Ale tak naprawdę to eskapada na własne ryzyko. Jeśli Słowacy złapią kogoś takiego to kary sięgają nawet 1600 euro od osoby – podkreśla nasz rozmówca.

Czy to gra warta świeczki? Chyba nie. Jedyne co nam teraz przyszło to liczyć na to, że sytuacja się unormuje, obostrzenia zostaną zniesione a Pieniny, Tatry czy nasze rodzimy Beskid Sądecki będzie można swobodnie pokonywać wzdłuż i wszerz nie oglądając się na słupki graniczne, których w wielu miejscach tak naprawdę nawet dobrze nie widać. (e.stachura@sadeczanin.info Fot.: ES)







Dziękujemy za przesłanie błędu

Marcowy miesięcznik Sądeczanin 2021