Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 8 sierpnia. Imieniny: Izy, Rajmunda, Seweryna
12/04/2020 - 11:25

Moje uzdrowienie. Magdalena Ponurkiewicz: żyję dzięki modlitwie

Od kilku lat żyje danym jej drugim życiem i czerpie z niego - podwójnie pełnymi garściami na tyle, na ile pozwala wiek. Czym sobie na to zasłużyła?

Ten cud, jak mówi Magda – po prostu - stał się, namacalny, a ona jest tego dowodem.

I chyba nigdy nie otrzyma na nie odpowiedzi. Może, kiedyś gdzieś tam, po tej drugiej stronie?…A na razie to, co stało się w jej życiu jedenaście lat temu tłumaczy sobie tak, że Stwórca, w stosunku do niej miał, jeszcze z całą pewnością, jakieś plany. O tym jest w stu procentach przekonana.

Magdalena Ponurkiewicz, zahartowana barciczanka, jak mówi o sobie, dziewczyna z gór mocno stąpająca po ziemi, już we wczesnym dzieciństwie bardzo chorowała. Przysparzało to, co rusz, zmartwień jej rodzicom. I cierpienia jej samej. Niedoleczone ciężkie zapalenie miedniczek nerkowych, zapoczątkowało kolejne zapaści zdrowotne, które trwają do dziś. Dlaczego? Obustronne ropne zapalenie ucha środkowego, które doprowadziło do głuchoty, leczono przez trzy lata codziennymi iniekcjami penicyliny.

- Czy po takiej końskiej kuracji można być zdrowym? – pyta moja rozmówczyni.

Problemy z trzustką, dwunastnicą i jelitami zaczęły się u niej wcześnie. Zawsze miała problemy z dietą, w związku z nietolerancją żywności, czy leków chemicznych. Niedomagania towarzyszyły jej nieustannie.

- Z biegiem czasu pogodziłam się z tym, bo nie miałam innego wyjścia. Problemy gastryczne zaczęły się jednak coraz bardziej nasilać. Był rok 2004, albo 2005. Starałam się, jak tylko umiałam, zdusić gastryczną „hydrę”, biegając od lekarza do lekarza. Starałam się na próżno wziąć przysłowiowego byka za rogi. Czułam, że zjeżdżam po równi pochyłej. Przez lata podstawową dietą był kleik ryżowy i marchewka, a mimo to, dolegliwości bólowe nasilały się. Ich częstotliwość rosła... Tłumaczono to zaostrzeniami choroby wrzodowej dwunastnicy.

Magdalena Ponurkiewicz próbowała kuracji ziołowych, ale i to leczenie ziołami skończyło się klęską. Objechała, jak mówi, pół Polski szukając pomocy,

Chwilową poprawę uzyskiwała na dwutygodniowych turnusach prowadzonych przez dr Pyzię, pediatrę i równocześnie bioterapeutę. Okresy poprawy kończyły się jednak kolejna klapą. Uciążliwy i narastający problem odsuwała jak najdalej od siebie.

Magdalena mówi otwarcie, że nie chciała przyjąć do wiadomości faktu, że jest poważnie chora. Zaklinała, jak mówi, rzeczywistość, udając, że kłopoty zdrowotne nie istnieją. A tymczasem oprócz symptomów niestrawności, biegunek, które robiły spustoszenie w jej organizmie, wyjaławiały go z elektrolitów zaczęła błyskawicznie „lecieć” z wagi. Po prostu nikła w oczach. Ostatecznie wżyła 44 kg.

- Biły więc na alarm, nie dzwonki, ale dzwony – kontynuuje swoją opowieść sądecka pisarka. ... Bolało mnie nieustannie. Ratowałam się tabletkami rozkurczowymi. I one w końcu przestały działać... Nic nie pomagało.

Magdalena Ponurkiewicz zgłosiła się wreszcie do swojej lekarki rodzinnej z myślą, że nie ma już na co czekać, że musi zrobić kompleksowe badania.

- Lekarka zebrała ode mnie wywiad. Z jej gabinetu wyszłam ze skierowaniem na specjalistyczne badania i podejrzeniem, że mam guz... – gdy nasza rozmówczyni to mówi na chwilę zawiesza głos. - Nogi się pode mną ugięły. Nie mogłam, dosłownie zebrać myśli. Miałam w ręku skierowanie na kolonoskopię, którą musiałam wykonać, jak najszybciej.

Czytaj na następnej stronie







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)