Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 21 października. Imieniny: Celiny, Hilarego, Janusza
16/10/2020 - 10:55

Czy wypali chytry plan trenera Sandecji? Najwyższy czas zapunktować

Po ośmiu ligowych spotkaniach piłkarze Sandecji mają na koncie nadal zero punktów i zajmują ostatnią pozycję w tabeli. Z trenerem "Biało-czarnych" Piotrem Mandryszem rozmawiamy o tym, czy realizuje chytry plan utrzymania się na przedostatniej pozycji w tabeli i zgarnięcia 1,6 miliona złotych z Pro Junior System.

Panie trenerze na pewno nie tak wyobrażał Pan sobie pracę w Nowym Sączu. Scenariusza, w którym drużyna zanotowałaby osiem porażek z rzędu nie zakładał Pan z pewnością nawet w najczarniejszych snach.
- Oczywiście, myślę, że żaden trener, który rozpoczyna pracę w nowym klubie, nie zakłada tego, że scenariusz będzie układał się aż tak niekorzystnie. Nie inaczej jest w moim przypadku.

Miał Pan kiedykolwiek w swojej trenerskiej karierze taką serię?
- Nie, nigdy nie miałem. Coś takiego przytrafiło mi się po raz pierwszy w życiu i na pewno nie jest to dla mnie łatwe.

Można powiedzieć, że Sandecja w tym sezonie nie ma szczęścia. W meczu z Odrą Opole do remisu zabrakło kilku minut, w ostatnim spotkaniu z Widzewem też były sytuacje na wyrównanie, ale bramki nie udało się zdobyć. Czy brak szczęścia to największy problem drużyny?
- Jest to na pewno jeden z problemów, ale szczęściu trzeba pomóc. W wymienionych spotkaniach tego nie zrobiliśmy. W meczu z Odrą Opole, przy wyniku 0-0 z najbliższej odległości trafiliśmy w poprzeczkę i potem musieliśmy gonić wynik. Z Widzewem nie udało się zdobyć gola praktycznie z najbliższej odległości. Takich meczów było jednak więcej. Przypomnę, że w wysoko przegranym starciu z ŁKS-em, kiedy było jeszcze 0-0 nie skierowaliśmy piłki w doskonałej sytuacji do pustej bramki. Z Bruk-Betem Termalicą także mieliśmy trzy stuprocentowe sytuacje, wystarczyło wykorzystać chociaż jedną z nich i już te punkty byśmy mieli. Takich przypadków można mnożyć. Jest to jeden z głównych problemów. Innym jest fakt, że moje przyjście do Sandecji zbiegło się z odejściem trzynastu piłkarzy, z czego siedmiu z nich było kluczowych dla drużyny. Nowi zawodnicy przychodzili do nas praktycznie do zamknięcia okienka transferowego, czyli 5 października. To wszystko nie pomagało w pracy.

Pańskiego zadania nie ułatwiło też wykrycie koronawirusa w drużynie, chwilę po objęciu przez Pana stanowiska trenera.
- Tak, do zgrywania zespołu potrzeba czasu. My go nie mieliśmy, bo już po czterech dniach pracy musiałem z całą drużyną udać się na przymusową kwarantannę. To spowodowało, że praktycznie przygotowań do sezonu nie mieliśmy w ogóle, rozgrywki rozpoczęliśmy z marszu. Dla mnie i dla zawodników pierwsze mecze były przeglądem stanu posiadania, a jednocześnie walką o ligowe punkty. To wszystko pokazuje skalę problemów jaka nas dotknęła w tej części sezonu.

Nastroje w drużynie na pewno nie są teraz najlepsze. Jak to wygląda od strony psychicznej?
- Piłkarze po każdym spotkaniu są sfrustrowani, bo chcą wreszcie zapunktować i opuścić mało zaszczytne, ostatnie miejsce w tabeli. W trakcie tygodnia udaje nam się jednak pobudzić drużynę i zawodnicy z wiarą przystępują do treningów. Tylko ciężką pracę i eliminowaniem błędów, które decydują o przegranych możemy wyjść z tej trudnej sytuacji.

Zobacz także: Ósma porażka z rzędu Sandecji. Tym razem z Widzewem

Wspomniał Pan, że kadra została tak naprawdę dopięta dopiero tydzień temu. Do Sandecji sprawadzony wtedy został jeszcze Hiszpan - Rubio. Czy to oznacza, że teraz będziemy oglądać inną drużynę, która wreszcie wywalczy punkty?
- Mam taką nadzieję. W ostatnim tygodniu okienka transferowego dotarło do nas trzech piłkarzy, bo oprócz Rubio, byli to również bramkarz Dawid Pietrzkiewicz i Damir Sovsic. Należy ich teraz wkomponować w drużynę, bo jest ona całkiem nowa. Potrzeba zrozumienia na boisku, a niestety czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Osiem kolejek już za nami, a po stronie zysków cały czas widnieje zero.

Teraz przed Sandecją dwa ważne mecze z GKS-em Bełchatów i Resovią, rozumiem, że celem jest walka o zwycięstwo w obu tych spotkaniach?
- Oczywiście, my na każde spotkanie wychodzimy z nastawieniem walki o punkty. Do tej pory nam się to nie udawało, wierzymy jednak głęboko, że przełom nastąpi już w niedzielnym meczu z zespołem Bełchatowa.

Zobacz także: Stacja transformatorowa na stadionie Sandecji zostanie wkrótce naprawiona

Co Pan myśli o sądeckiej młodzieży, która znajduje się w kadrze Sandecji. Pytam w kontekście tego, że w bramce pojawiał się młody Szymon Tokarz, a jednak mimo to na jego miejsce sprowadzono bardziej doświadczonego Dawida Pietrzkiewicza.
- Szymek wskoczył do bramki dość niespodziewanie, bo kontuzję odniósł nowo pozyskany bramkarz Dominik Budzyński. W pierwszych dwóch meczach spisywał się bardzo dobrze. Później, w spotkaniach, w których traciliśmy po cztery gole było widać, że trochę „siadła” mu psychika. Jest to młody chłopak, do tej pory nie grał na tym szczeblu rozgrywek, ale spisywał się dzielnie. Musimy jednak mieć świadomość, że w trudnych momentach trudno liczyć na to, aby młodzi piłkarze dźwigali na swoich barkach ciężar podniesienia zespołu z ostatniego miejsca w tabeli. Postanowiliśmy więc sprowadzić doświadczonego bramkarza, który kiedyś już dla Sandecji bronił. Zna on środowisko i mamy nadzieję, że nam pomoże. Przed Szymkiem cała przyszłość, bo jako dziewiętnastolatek zagrał już kilka spotkań i to na pewno będzie procentować. Taki odpoczynek od bronienia na pewno też mu pomaga. Widziałem po nim ulgę, gdy przyszedł doświadczony bramkarz, znowu nabiera werwy. Myślę, że jeszcze kiedyś o nim usłyszymy.

Jeśli chodzi o innych młodych piłkarzy, to na pewno jest wielu ciekawych zawodników, którzy dobrze rokują na przyszłość: Janek Kuźma -na razie nie gra, bo miał kontuzję, Wiktor Żołądź – zdążył już zadebiutować i spisuje się dzielnie, Kamil Ogorzały – udało mu się strzelić w obecnych rozgrywkach dwa gole, czy Kamil Palacz. Są także piłkarze wypożyczeni do innych klubów, z racji tego, że wycofana została drużyna rezerw. Mówię tutaj o Piotrku Bryji, Konradzie Kuzerze, Sebastianie Wąchale, Karolu Matrasie czy Grzegorzu Królu. To zawodnicy, którzy dobrze rokują na przyszłość. Trenują oni z nami, gdy nie mają treningów w swoich klubach, mamy ich więc cały czas pod kontrolą i widzimy postępy jakie czynią. Zimą być może któryś z nich zostanie włączony do kadry pierwszego zespołu.

Pojawiają się informację, że klub poszukiwał Pana następcy, czy próbuje się Pan odciąć od tego typu spekulacji?
- Oczywiście. Ja przychodząc do Nowego Sącza otrzymałem zadanie budowy zespołu z dwoma celami. Pierwszym było utrzymanie się w pierwszej lidze, do czego wystarcza zajęcie miejsca innego niż ostatnie, a drugim wywalczenie jak najwyższej lokaty w Pro Junior System, co jak na razie czynimy z dobrym skutkiem, bo prowadzimy w tej klasyfikacji. Mimo falstartu w rozgrywkach obydwa te cele są jak najbardziej realne do wykonania. Każdy kto śledzi tabelę wie, że nie mamy dziesięciu punktów straty do bezpiecznego miejsca, ale tylko jeden. Ja nie przejmuje się żadnymi pogłoskami, lecz staram się wykonywać najlepiej jak potrafię swoją pracę. Uważam się za doświadczonego trenera i nieraz byłem w trudnych sytuacjach. Trzeba też brać pod uwagę wszystko to, co się w ostatnim czasie działo wokół nas. Na to, że dwóch wiodących zawodników wypadło ze składu z powodu koronawirusa na miesiąc, powodując izolację całej drużyny, nie miałem wpływu. Na odejście tak licznej grupy piłkarzy przed sezonem i fakt, że mogliśmy rozegrać tylko jedną grę kontrolną również. Są to rzeczy, których nikt nie zakładał. Musimy się z tym mierzyć i głęboko wierzę, że sobie poradzimy.

Czego zatem Panu życzyć na najbliższe dni?
- Zdrowia, bo chciałoby się żeby dopisywało u wszystkich, tak byśmy bez kontuzji, w pełnym składzie mogli przygotowywać się do najbliższych spotkań. Najwyższa pora wreszcie zapunktować.

Rozmawiał: Mateusz Pogwizd, fot.: Archiwum/ screen, Sandecja Nowy Sącz







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)