Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 19 lipca. Imieniny: Alfreny, Rufina, Wincentego
21/06/2018 - 10:30

Dobra książka. Sądeczanin poleca. Wojciech Kudyba, "Imigranci wracają do domu" 4

"Imigranci wracają do domu" to więcej niż powieść – to jednocześnie opowieść, przypowieść i spowiedź. Bohater, Karol Tracz, to człowiek naszych czasów, anonimowy obywatel Zjednoczonej Europy. Wyemigrował z Polski po stanie wojennym i przez długie lata wiódł w Niemczech życie przeciętnego przedstawiciela klasy średniej. (…).

IV

- Nie wiem czy to ważne, ale minęliśmy Rawicz.

- Widzi Pani, nawet nie zauważyłem. Oczywiście, że ważne. Nie zauważyłem, a powinienem, bo Rawicz był słynny z więzienia. Siedzieli tam z Wielkopolski. A z Małopolski wsadzali do Załęża albo Nowego Wiśnicza. To tam właśnie ktoś mi zrobił zdjęcie przed bramą. Jest też o tym w papierach, które dostałem. Może Pani już to mówiłem: pół roku temu przysłali mi mój życiorys. Myślałem, że jak go przeczytam, to od razu wszystko sobie przypomnę. Przecież niczego tam nie brakuje. Szkoła w Nowinie, liceum Kenara, historia sztuki w Krakowie. Plastyk w urzędzie miasta Nowy Sącz. Działacz „Solidarności”. Internowany 13 grudnia 1981r. Tymczasem okazało się, że nad tym, żeby naprawdę coś sobie przypomnieć, musiałem jeszcze długo pracować. W Meinz mówili mi nawet, że taka praca trwa właściwie całe życie, bo póki człowiek żyje, to cały czas sam siebie zapomina i wciąż na nowo musi sobie siebie samego przypominać. Skąd mogłem to wiedzieć? Patrzyłem i patrzyłem na te dwie kartki, ale za każdym razem widziałem tylko długą piaszczystą drogę –  jakby w wąwozie – za nim był wielki łan zboża i w tym zbożu, na pagórku widać było białe mury, jakby kościół, a ja byłem mały i ktoś mnie niósł na plecach, chyba mój tata. Powie Pani może, że życiorys to jeszcze nie człowiek. Można mieć bogaty życiorys i nawet znać go z najdrobniejszymi szczegółami, a wciąż nie wiedzieć, kim się jest. To wszystko prawda. Jakoś nawet może to wtedy przeczuwałem, ale zgodzi się Pani chyba, że parę rzeczy człowiek musi jednak o sobie wiedzieć. Bywa, że często właśnie z tymi najprostszymi ma kłopot i robi wszystko, żeby samemu zapomnieć, a innym zakazać przypominania. Jakby nie chciał być sobą. A ja chciałem. Chciałem, bo dla mnie było to ważne, że  człowieka nie tworzy życiorys, ale to, jaki w tym życiorysie był. To, co się działo jest ważne, ale jeszcze ważniejsze jest przecież to, kim było się w tym dzianiu i jakim w tym się było: dobrym czy złym? Czasy były podłe i może nadal są, a w podłych czasach w jednej chwili można zostać świnią. To chyba najbardziej mnie wtedy męczyło. Wiedziałem, że nie przypomnę sobie wielu twarzy, ale to czy byłem, czy nie byłem świnią, musiałem sobie przypomnieć.

- Nic Pan nie musiał. I teraz też nie musi. Jakoś nie wierzę, że gdyby był Pan świnią, to by mi o tym natychmiast powiedział. Od razu widać, że dawno Pan nie był w Polsce. Emigracja to nie to samo. Jako imigrant, czy nawet azylant coś Pan sobie w tych Niemczech rysował, a tu odwrotnie: tu wszystko się wymazywało, wyrywało kartki, paliło teczki. Pan chce odzyskać pamięć, a tu wielu dałoby wszystko, żeby ją stracić. Cały majątek. Niech się Pan nie obrazi, ale po takiej chorobie to chyba jest się trochę jak dziecko. Jakby z innej historii…

- Nawet nie trochę… Przeszedłem wszystkie etapy – od przedszkola do połowy podstawówki. I w tym mniej więcej miejscu utknąłem. Pani myśli, że nie wiem? Że nie wiem, jak czytam i jak liczę? Tego już nie przeskoczę. Nie wiem nawet czy to źle, gdy człowiek sam widzi, że tego, czy był, czy nie był świnią nie da się ukryć... Bo przecież takie rzeczy się czuje, one jakoś są w samym sposobie mówienia. Pamiętam bardzo dobrze: czasem leżałem tam w Meinz w nocy, patrzyłem w sufit i myślałem, że może nawet lepiej by było, gdybym nie odzyskał ani jednego słowa. Bo ci, co wcale nie mówili, kiedy już odzyskiwali pierwsze wyrazy, od razu wiedzieli, kim byli. One ich natychmiast rozcinały aż do samego środka, jak sąd boski. Tyle razy mi opowiadała o tym pani Pach i zawsze mnie to tak samo dziwiło. Że jak pracowała w Reptach, to się napatrzyła i nasłuchała. Wspominała na przykład, że miała takich dwóch, nawet trochę do siebie podobnych – każdy postawny, wyprostowany, głowę trzymał wysoko. Zawsze też punktualnie, o tej godzinie, co trzeba – puk, puk – ona też zawsze do każdego tak samo grzecznie: dzień dobry, niech Pan usiądzie, bardzo proszę, teraz pokazujemy język, proszę językiem w prawo, teraz w lewo. Potem, kiedy się już trochę oswoili,  wyjmowała pudełko, rozkładała obrazki: „zbadamy rozumienie, proszę pokazać dom, traktor, krowę; na którym obrazku chłopiec biegnie, na którym chłopiec stoi”. Dopiero na koniec tego pierwszego spotkania dawała im podpisane kartoniki, żeby dopasowali do obrazków i tak powoli dochodziło do tego, że wreszcie musieli coś powiedzieć: co to jest, albo co robi chłopiec. I wtedy właśnie to się okazywało. Jedni mówili jakieś słowa, których nie ma, inni uczepili się jednego i to jedno powtarzali wszędzie, choć czasem było widać, że im nie pasuje. A tych dwóch inaczej, bo pierwszy, jak mu tylko pokazała obrazek, to od razu zaczął jej recytować fragmenty modlitw, odmówił całe „Zdrowaś” i „Aniele Boży”, a ona o nic go nie pytała, tylko – że tak powiem – ciągnęła go za język. Za tydzień zaczął jej nucić „Kiedy ranne wstają zorze”,  „Kto się w opieką” i tak szli przez różne święta, aż całkiem wrócił do mowy. Drugi zaś był jeszcze bardziej elegancki, nawet przyniósł jej kwiaty, ale z mówieniem długo im nie szło, bo nie wiadomo dlaczego pamiętał tylko przekleństwa. Pani rozumie: kiedy widział obrazek „chłopiec mówi”, albo „chłopiec jedzie na rowerze”, to zawsze wychodziło mu wiadomo co, to znaczy, za przeproszeniem, „k..wa pier..”. Niech się Pani nie gorszy… To taka choroba.

Cytaty pochodzą z książki: Wojciech Kudyba, „Imigranci wracają do domu”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2018

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji



Dziękujemy za przesłanie błędu


lipcowy miesięcznik