Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Poniedziałek, 21 października. Imieniny: Celiny, Hilarego, Janusza
12/05/2018 - 21:20

Dobra książka. Sądeczanin poleca. Milly Gualteroni "Z depresji do wiary" (6)

Książka dziennikarki – Milly Gualteroni – stanowi swoiste świadectwo życia kobiety zniewolonej przez własne słabości, ograniczenia i zranienia, ale która jednocześnie w swoim życiowym pochyleniu potrafi odnaleźć radość, pełnię życia. Autorka, prowadząc nas tropem swoich niełatwych doświadczeń przez traumy z dzieciństwa, głęboką depresję, trzykrotne próby samobójcze, rozwiązłe życie, daje nam jednocześnie dowód, że na walkę o własne człowieczeństwo nigdy nie jest za późno. Bohaterka nie ustawała w poszukiwaniach dla siebie Tajemnicy pozwalającej uchronić życie od zagłady.

[…]. Poczułam jak gdyby uderzenie biczem, które pozbawiło mnie prawie przytomności, i natychmiast, jak przyniesiona potężnym porywem wiatru, pojawiła się we mnie myśl: „Musisz wybrać czystość”. Wstrząsnęło mną przerażenie, jednak wszystko działo się pośród tej tajemniczej miłującej Obecności, która mnie ogarniała i podtrzymywała. Czystość? Cóż to miało znaczyć… Nigdy nie myślałam o czystości… „Nie jestem w stanie dokonać takiego wyboru, nie rozumiem go, jaki ma sens! – protestowałam, walcząc z własnymi myślami. „Seks jest dla mnie wszystkim, jest źródłem mojej równowagi, ujściem dla mojego napięcia!” – mówiłam sobie z bólem. Jednak to, co postrzegałam jako nakaz, było silne i stanowcze, silniejsze i bardziej stanowcze ode mnie, od mojej obrony, od mojej pewności życia przeżywanego w ten sposób…  Walczyłam,  zmagałam się, lecz radość i miłość, których doznawałam były silniejsze, intensywniejsze, bardziej przekonywujące niż mój krnąbrny opór. […]. I nadszedł ten dzień.

– Dziękuję, że mnie ojciec przyjął – powiedziałam nieco skrępowana do kapłana w garniturze i koszuli z koloratką. Podjął mnie w domu rekolekcyjnym ojców barnabitów w Eupilio – dużym budynku, zanurzonym w zieleni i położonym na wzgórzu miejscowości otoczonej trzyma jeziorami, u podnóża Prealp. Nareszcie ojciec Antonio Gentili znajdował się przede mną. […]. Ojciec Gentili przyjął mnie z uprzejmością i otwartością, i zaprosił mnie, bym usiadła naprzeciw niego w jasnym i skromnym pomieszczeniu wielkiej biblioteki. Opowiedziałam mu, o co się stało, robiąc ogólny wstęp dotyczący mojego życia przed tymi wydarzeniami. Powiedziałam mu o depresji, dwóch próbach samobójczych, nieuporządkowaniu moralnym… Opowiedziałam mu także o staruszce, aby dojść następnie do „szalonych” zdarzeń, z powodu których mój przyjaciel Giovani chciał, bym wyjechała do Francji i została mniszką. Opowiedziałam przede wszystkim o małym Tau, którego opis znalazłam w jego książce. Zakonnik wysłuchał mnie ze skupioną i uprzejmą uwagą. Po krótkim milczeniu zaczął mówić:

– W tej sytuacji mam dwie możliwości. Albo pani nie uwierzę i powiem, żeby zapukała  pani do drzwi pięćset metrów dalej, gdzie jest bardzo dobry ośrodek zdrowia psychicznego… albo pani uwierzę i w tym przypadku powinienem chyba powiedzieć, żeby się pani tutaj zatrzymała, bo – jak rozumiem – została pani do mnie przysłana. Co, według pani, powinienem uczynić? Westchnęłam. Na ratunek przyszło mi moje wrodzone poczucie humoru.

– Ale, ojcze – odpowiedziałam, udając spokój, którego w rzeczywistości nie miałam – według mojego ciągle mocno zakorzenionego sposobu myślenia, ojciec i jego współbracia jesteście szaleńcami. Dlatego mam nadzieję, że między szaleńcami zaistnieje wzajemne zrozumienie. […].– Właściwie można powiedzieć, że pojawia się pani w odpowiedniej chwili, bo potrzebuję właśnie osoby, która tak jak pani, pisze zawodowo. Mam akurat pilną pracę, którą chciałbym ukończyć w ciągu najbliższych ośmiu do dziesięciu miesięcy. Chodzi o antologię, antologię listów. Ta jego nietypowa propozycja poruszyła mnie. Pomysł pracy „w opactwie” był kuszący… Co ważniejsze, wydawał mi się rodzajem opatrznościowego dopełnienia, które przychodziło w samą porę na mojej nowo podjętej drodze.

– Chce mi ojciec dać pracę? Dopiero co przyjechałam, a już chce ojciec mnie wykorzystać – powiedziałam na wpół poważnie, na wpół żartobliwie, jednocześnie zastanawiając się nad jego słowami.

– Jaka pani jest nieufna – odrzekł z uśmiechem . – Jeżeli proponują pani tę pracę, to dlatego że myślę, iż byłaby bardzo użyteczna dla pani umysłu i duszy… Żeby pomóc pani w wewnętrznej drodze, którą pani podjęła.[…].

– Depresja! A jeśli to jest powołanie?

 Ojciec obrzucił mnie swoim uśmiechniętym i trochę przebiegłym spojrzeniem.

– Proszę iść ze mną – powiedział.

Zostawiłam kawę, popędziłam za nim korytarzem i przez bibliotekę. Zniknął pośród wysokich półek i po jakimś czasie pojawił się znowu.

– Proszę to przeczytać – powiedział, wręczając mi kilka kserokopii.

Usiadłam przy pobliskim parku i zaczęłam czytać: „O smutny i melancholijny z natury [człowieku], nie uskarżaj się już na nią, ale dziękuj Bogu i bądź radosny (…).  Masz zdolność do wewnętrznej skruchy i masz łatwość przeżywania słodyczy kontemplacji. Bóg przeto obdarzył cię taką smutną i melancholijną naturą, abyś powściągał ją rozumem i zwyciężał tę, która wielu (nie powściągających jej) pokonuje i wciąga w różne przywary…”.  W ten sposób poznałam za pośrednictwem tych poruszających słów Giovanniego Battistę Carioniego, urodzonego w mieście Crema, który w 1949 roku został dominikaninem, przyjmując imię brata Battisty. Potem na następnej kserokopii przeczytałam: „Bycie  melancholijnym z natury nie jest złe, lecz złe jest dawanie zarzewia melancholii przez uleganie przyczynie smutku i przyjmowanie jej w sobie (…). Bycie melancholijnym z natury daje zdolność odsunięcia się od wielu nieprzyzwoitości, rozrywek i ciekawości, i czyni łatwiejszym przebywanie z Bogiem, medytowanie, rozmyślanie i kontemplowanie. Jest wam tedy dane dla zbudowania ducha. Nie pozwalajcie, aby niszczyło ono ducha lub ciało, nie ma bowiem niczego, co by bardziej pozbawiało duszę wszelkiego wigoru, niźli bycie smutnym”. Poznałam przy tej okazji również zakonnicę, która około roku 1528 została duchową uczennicą brata Battisty da Cremy. […]. Zakonnik i zakonnica z epoki renesansu mówili mi zatem, że moja skłonność do melancholii nie była zaburzeniem psychicznym, ale była wręcz sytuacją sprzyjającą Bożemu wezwaniu do sensownego życia, życia godnego tej nazwy. Nieźle jak na alternatywę dla chemiczno-deterministycznej teorii, którą narzucali mi różni dotychczas poznani psychiatrzy – z wyjątkiem zastępcy ordynatora w Ca Bianca – zamykając mnie w getcie dla przewlekle i nieuleczalnie chorych. […].

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji



Dziękujemy za przesłanie błędu