Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 21 czerwca. Imieniny: Alicji, Alojzego, Rudolfa
07/05/2018 - 11:25

Dobra książka. Sądeczanin poleca. Milly Gualteroni "Z depresji do wiary" (1)

Książka dziennikarki – Milly Gualteroni – stanowi swoiste świadectwo życia kobiety zniewolonej przez własne słabości, ograniczenia i zranienia, ale która jednocześnie w swoim życiowym pochyleniu potrafi odnaleźć radość, pełnię życia. Autorka, prowadząc nas tropem swoich niełatwych doświadczeń przez traumy z dzieciństwa, głęboką depresję, trzykrotne próby samobójcze, rozwiązłe życie, daje nam jednocześnie dowód, że na walkę o własne człowieczeństwo nigdy nie jest za późno. Bohaterka nie ustawała w poszukiwaniach dla siebie Tajemnicy pozwalającej uchronić życie od zagłady.

Przyszłam na świat jako ostatnia z pięciorga rodzeństwa: najpierw było dwóch braci, potem siostra, jeszcze jeden brat, a na końcu ja – „malutka”. Moja matka, urodzona w 1916 roku, miała czterdzieści jeden lat, kiedy wydała mnie na świat. Mój ojciec, rocznik 1906, miał wkrótce obchodzić  pięćdziesiąte pierwsze urodziny. On sam był „późnym” dzieckiem, jego ojciec, chirurg – dziadek, którego nie dane mi było poznać – urodził się w 1851 roku. Sto sześć lat przede mną. Tata był potomkiem rodu, którego początki sięgają XIV wieku. Nagromadzone w ciągu stuleci dobra materialne zostały roztrwonione zanim się urodziłam. W domu moja dziecięca wyobraźnia opanowana była przez postacie antenatów, których oglądałam uwiecznionych na dwóch obrazach z epoki: jednego przodka, który był opatem oraz prababki. Opat, sportretowany w 1751 roku z Biblią w ręku, w zadziwiający sposób przypominał mojego drugiego w kolejności brata. Ja natomiast byłam podobna do prababki. […].
Byłam dzieckiem obdarzonym dużymi talentami i szybko zostałam „naznaczona” mianem geniusza. Zawsze i bez zbytniego wysiłku byłam pierwsza w klasie, wiodłam również prym w sportach i innych aktywnościach: w jeździe na nartach, pływaniu, gimnastyce artystycznej, mini koszykówce, śpiewaniu i rysowaniu. Ileż zebrałam dyplomów, nagród i medali… Jednak wbrew sobie, bo współzawodnictwo nigdy mi się nie podobało. To był ciężki wysiłek, który podejmowałam z posłuszeństwa wobec mamy. Jej przesadna satysfakcja stanowiła dla mnie źródło zadowolenia. Bardzo lubiłam też typowo kobiece zajęcia manualne: gotowanie, szycie, prasowanie oraz te męskie – z gwoździami, kombinerkami. Młotkami, śrubokrętami, nożyczkami, klejem, przewodami elektrycznymi… Niezmiernie cieszyły mnie zabawy na podwórku z innymi dziećmi, zabawy, z których czasem wracało się do domu z rozgoryczeniem i płaczem z powodu nieuniknionych w sprzeczek. Kochałam także przyrodę. […].
Dorastałam dla dużo starszych ode mnie braci oraz siostry. Natomiast zazdrośnie rywalizowałam z najmłodszym z braci, który był zaledwie cztery lata ode mnie starszy. I to ja skradałam uwagę wszystkich członków rodziny. […]. Mam pewne wspomnienie z dzieciństwa, o którym muszę opowiedzieć. Przypomina mi ono o wielkiej miłości, jaką już jako dziecko czułam do Jezusa, poznanego dzięki fascynującym opowieściom mamy i babci. Nie był to dziecinny sentymentalizm, nie… Dla mnie była to radosna i poważna sprawa. Naprawdę wierzyłam w Jezusa. Bardzo się rozzłościłam, kiedy w dniu mojej Pierwszej Komunii św. odniosłam wrażenie, że prawdziwą wiarę ma niewielu ludzi, nawet wśród zdrowo myślących i elegancko ubranych osób, które między kawałkiem tortu a kieliszkiem musującego wina składały mi życzenia i obdarzały mnie irytującymi uszczypnięciami w policzki. […]. 
W czerwcu 1975 roku, wraz z końcem szkoły, ekscytujące doświadczenie amerykańskiego życia dobiegło kresu. W wieku osiemnastu lat z wielkim wzruszeniem odebrałam świadectwo ukończenia High School z wyróżnieniem. W dniu  ceremonii jego wręczenia, ubrana – zgodnie z tamtejszym zwyczajem – w biret i togę, otrzymałam nawet w dowód uznania „złoty sznur”, który uroczyście zawieszono mi na szyi. […]. Na początku lipca wróciłam do Włoch. Nie minął jednak miesiąc, gdy moją rodzinę dotknęła tragedia. Jak opowiem o tym dalej, nie była to pierwsza, lecz już druga tragedia. Zaraz po powrocie moją radość z ponownego zobaczenia bliskich zakłóciło spotkanie z ojcem. Kiedy zobaczyłam go na lotnisku w Rzymie, zmusiłam się, by ukryć przerażenie. To nie był już ten silny i pełen życia człowiek, którego zostawiłam rok wcześniej. Przede mną stał chory, chudy i wyniszczony staruszek . Jak dobrze pamiętam twój słodki uśmiech, tato, gdy mnie ujrzałeś i przytuliłeś do siebie ze wzruszeniem! Jak dobrze pamiętam twoje smutne cierpiące oczy… Ani on, ani mama nie chcieli powiadomiać mnie o jego chorobie („guzie”, jak to przebąkiwano wtedy, kiedy słowo „rak” było jeszcze zakazane w kulturalnych rozmowach). […]. Jeszcze trudniej jednak było go zobaczyć miesiąc później, gdy leżał nieprzytomny na oddziale intensywnej terapii, dokąd został przywieziony po tym, jak litościwe ręce podniosły jego ciało, które roztrzaskało się na dziedzińcu szpitala. Tato targnął się na życie, rzucając się z okna swego pokoju. Dlaczego? Ufam, że pewnego dnia on sam będzie mógł mi to powiedzieć.

Cytaty pochodzą z książki: Milly Gualteroni, Z depresji do wiary. Świadectwo życia sławnej dziennikarki, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2017.

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji

Masz ciekawe zdjęcia lub wideo? Przyślij do nas!







Dziękujemy za przesłanie błędu


Czerwcowy miesięcznik "Sądeczanin" już w kioskach