Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 14 sierpnia. Imieniny: Alfreda, Maksymiliana, Selmy
10/07/2020 - 15:20

„Mamusiu, tatuś z babcią jadą do Rosji, a ja uciekłem”

Dnia 10 lutego 1940 roku z rozkazu Stalina na Syberię zesłano osadników wojskowych, legionistów, żołnierzy 1920 roku, wyższych urzędników państwowych, policjantów, kolejarzy i leśników z rodzinami. Ofiarą drugiej wielkiej deportacji 13 kwietnia 1940 roku padły głównie kobiety i dzieci wcześniej aresztowanych oficerów i funkcjonariuszy straży granicznej zamordowanych w Katyniu. [wstęp, M. Odrobińska]

Z rozdziału: „Mirosław. Wojenne Eldorado” [historia Mirosława Popławskiego]

„Wy jesteście takie polskie cegiełki, które będą budować nową, socjalistyczną Polskę” – mówiła Wanda Wasilewska, trzymając mnie na kolanach i głaszcząc. Roniła łzy nade mną i setką takich jak ja – którzy przeszli Syberię, głód, choroby, wszy i pluskwy, pracę z siekierą większą od nich samych, śmierć bliskich, tułaczkę, radzieckie dietdomy, niepewność jutra. Wielka, silna, wojująca kobieta, a tu tak się rozkleiła. Teraz, jako dorosły człowiek, wiem, że to jej ukochany Stalin zgotował nam taki los. Wtedy jednak była jak dobra ciocia. Dla niej mogłem nawet przez radio piać peany na cześć wodza Kraju Rad. A może bardziej bałem się, że jak odmówię, nie wrócę do Polski? W zasadzie to ocaliła mnie i moją rodzinę przed śmiercią głodową.

Droga na kolana Wandy Wasilewskiej była długa, kręta i najeżona koszmarnymi przeżyciami. Najpierw ten potworny łomot do drzwi. Mama spodziewała się enkawudzistów – odkąd „przyjaciele” weszli nas oswabadzać 17 września 1939 roku, żyliśmy w ciągłym napięciu. Miałem wtedy osiem, a brat Konrad dziewięć lat – przez lufcik w piwnicy naszego domu w Kraśnem, niedaleko Mołodeczna, obserwowaliśmy, jak pograniczne wojsko polskie cofa się na koniach przed sowieckimi taczankami, które bezustannie do nich strzelały. Z tłumu sterczały wysokie, trójkątne czapki z dużą, czerwoną gwiazdą i długie, trójkątne bagnety na karabinach, nierzadko noszone na sznurku. Ten pochód trwał dniem i nocą przez trzy doby.

(…)

Tata, który był leśniczym, a w dodatku piłsudczykiem i walczył w bitwie warszawskiej, przeczuwał, że lada dzień Rosjanie mogą go rozstrzelać, więc na początku października… zniknął. Na moje pytania, gdzie podziali się, i on, i Konrad, mama odpowiadała, że sama nie wie. Bała się pewnie, żebym niechcący nie wydał ich kryjówki. Chroniła tym samym i mnie. Wkrótce przestałem się tym interesować, bo właśnie rozpocząłem opóźnioną przez wybuch wojny naukę w trzeciej klasie szkoły powszechnej.

(…)

Do lutego 1940 roku tematu zniknięcia ojca nie drążyłem, za to zaczęły krążyć pogłoski o spodziewanych wywózkach. Przez znajomego leśnika tata dał mamie znać, by ze mną i dziewięciomiesięcznym Leszkiem uciekała. Po tej wiadomości zeszła do piwnicy, gdzie jeszcze przed wojną rodzice zakopali złote ruble carskie, złote bransolety i inną biżuterię oraz dokumenty zdradzające wojskową przeszłość ojca, jego odznaczenia, mundur, czapkę maciejówkę. Szukała ich, i wtedy rozległ się ten potworny łomot do drzwi. Było to o tyle dziwne, że wywozili zwykle nocą i nad ranem, a to był środek dnia. Mama zdecydowała się podejść do drzwi. Po ich drugiej stronie zobaczyliśmy Konrada! „Mamusiu, tatuś z babcią jadą do Rosji, a ja uciekłem” – dyszał. (...)

Monika Odrobińska "Dzieci wygnane", Wydawnictwo ZNAK, czerwiec 2020
Dziękujemy Wydawnictwu ZNAK za udostępnienie wybranych fragmentów

W powyższych fragmentach nie uwzględniono przypisów.







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)