Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 19 czerwca. Imieniny: Gerwazego, Protazego, Sylwii
18/10/2014 - 14:02

Towar w sklepikach szkolnych. Ustawa kontra zdrowy rozsadek

Dyrektorzy szkół wspólnie z rodzicami będą ustalać szczegółowe listy produktów w sklepikach szkolnych. To pomysł premier Ewy Kopacz, która od września przyszłego roku chce zlikwidować w placówkach oświatowych śmieciowe jedzenie. Ten pomysł wart jest realizacji, twierdzi sądecki kurator oświaty. Zamiast ustawowych rozwiązań wystarczy po prostu zdrowy rozsądek, mówi dyrektorka jednej z miejscowych szkół.
Likwidacją śmieciowego jedzenia w szkołach zajmowała się podkomisja nadzwyczajna do rozpatrzenia poselskiego projektu ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Co wymyślili parlamentarzyści? Dyrektorzy placówek oświatowych będą ustalać wspólnie z radą rodziców szczegółowe listy produktów w sklepikach szkolnych. Czy w praktyce będzie to możliwe? Można przypuszczać, że w większości szkół może być problem ze znalezieniem wśród rodziców osób, które na tyle znają się na diecie czy normach żywieniowych, żeby dopasować jadłospisy do wszystkich dzieci, które są w danej placówce.

Stanisław Szudek dyrektor sądeckiej delegatury Kuratorium Oświaty uważa, że pomysł pani premier zły nie jest i z powodzeniem można go zrealizować.

- Są już u nas takie szkoły, gdzie w praktyce ten pomysł jest już realizowany, ale wymaga to pewnej determinacji ze strony dyrektorów placówek. Częściej jednak można od nich usłyszeć, że co prawda są za zdrową żywnością w szkole, ale żaden ajent nie poprowadzi sklepiku bez chipsów batonów i gazowanych napojów, bo bez tych produktów na takim małym biznesie nie da się zarobić.

Zdaniem Szudka, pomysł z ustalaniem szczegółowej listy produktów w sklepikach szkolnych wspólnie z rodzicami nie jest zły. Jak mówi, daje to szansę na to, żeby rodzicielskie decyzje były uspołecznione i żeby rodzice brali czynny udział w podejmowaniu decyzji dotyczących ich dzieci.

-Jeśli chodzi fachową pomoc w układaniu listy, to myślę, że na przykład dietetyk może spotkać się z radą rodziców i po takiej rozmowie będą wiedzieć, jak ustalić listę zdrowych produktów w szkolnym sklepiku.

Wątpliwości, co do pomysłów pani premier na walkę ze śmieciowym jedzeniem mają dyrektorzy sadeckich szkół.

-Myślę, że ustawowe rozwiązania z powodzeniem może zastąpić zdrowy rozsądek - mówi Halina Stanek, dyrektorka sądeckiej Szkoły Podstawowej nr 6 im. ks. Jerzego Popiełuszki. - W naszej szkole pozbyliśmy się już niezdrowej żywności, bo w tej sprawie interweniowali rodzice. Na bieżąco czynili uwagi, a my po prostu się do tego dostosowaliśmy. Rodzice nie chcieli, żeby w szkolnym sklepiku były chipsy i napoje gazowane. Teraz dzieci mogą sobie kupić soki, hot doga kanapkę czy jakąś zapiekankę. Czy naprawdę do tego potrzebna jest jakaś ministerialna lista?

Wątpliwości budzi także samo pojęcie zdrowej żywności. Czy lubiane przez dzieci zapiekanki są zdrowe czy nie? Czy ciepła bułka z kiełbaską może być w szkolnym sklepiku czy też nie?

Niezaleznie od tego, rzeczywistość skrzeczy. Mimo licznych kampanii społecznych i szkolnych konkursów dzieci i tak nie kwapią się do tego, żeby jeść zdrowe rzeczy.

- W naszym sklepiku są jabłka, pomarańcze i banany. Ale dzieci nie chcą ich kupować, tym bardziej, że większość szkól bierze udział w akcji „owoce i warzywa w szkole”.

Pomysłu premier Kopacz broni jednak dyrektor sądeckiej delegatury Kuratorium Oświaty. Uważa, że jeśli szkoła jest jednostką edukacyjną, to edukacja dotyczy także sposobu odżywiania się.

-Te słowa trzeba poprzeć czynami - mówi Stanisław Szudek

(mika)
fot sxc.hu
 






Dziękujemy za przesłanie błędu