Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 10 kwietnia. Imieniny: Borysławy, makarego, Michała
07/11/2020 - 16:30

Pan Jan choruje na nowotwór. Córki walczą o jego życie

Pan Jan Fiedor ma pięćdziesiąt lat i jest mieszkańcem Żegiestowa. Kilka miesięcy temu dowiedział się, że choruje na nowotwór. Jedyną deską ratunku dla niego jest terapia, która kosztuje ponad milion złotych. Córki podjęły walkę o życie swojego taty. Same jednak nie są w stanie uzbierać tak wielkiej kwoty, dlatego zwróciły się z prośbą do Czytelników „Sądeczanina”, którzy już wiele razy pokazali, że potrafią czynić cuda.

- W ubiegłym roku tatę zaczęły bardzo boleć nogi. Nie skarżył się jednak, nie dał po sobie znać́, że coś jest nie tak. Taki ma charakter – zawsze uśmiechnięty, pogodny. Pociesza, gdy ktoś́ ma zły dzień́, zaraża optymizmem i pozytywnym myśleniem. Nie chciał nas martwić. Miałam wtedy osiemnastkę̨. Wiem teraz, że ból wtedy był już̇ nie do zniesienia, ale tata nafaszerował się̨ lekami przeciwbólowymi, żeby nie sprawić́ mi przykrości i na urodzinach po raz ostatni ze mną̨ zatańczyć́ – wspomina ze łzami w oczach Kasia, córka pana Jana.

Niestety ból z każdym dniem nasilał się. Na początku lekarze myśleli, że to rwa kulszowa. Niestety po serii badań wykryli u pana Jana nowotwór – chłoniaka złośliwego.

- Tata kochał jeździć na nartach. Był zawsze bardzo aktywny. Wspierał nas w naszych pasjach. Kibicował mi podczas egzaminów do szkoły muzycznej, nie przegapił żadnego konkursu. Siostrę wspierał w miłości do jazdy konnej, opłacał lekcje, sprzęt. Dzięki niemu realizowaliśmy swoje marzenia podróżnicze. Tata zawsze powtarzał, że jeszcze ma czas na podróże i że na starość jeszcze coś zobaczy. Nikt z nas nie przypuszczał, że te plany mogą się nie ziścić, bo w życie naszej rodziny wkroczy nieproszony gość – nowotwór – dodaje.

Nie ma nic gorszego, jak świadomość, ze ktoś z najbliższej rodziny jest chory na tak ciężką chorobą, która może doprowadzić do śmierci. To koszmar, którego nie można z niczym porównać. Niestety z takim koszmarem musi się zmierzyć rodzina Fiedorów z Żegiestowa.

- Nowotwór to strach o życie, strach przed wynikiem kolejnego badania, przed tym, co przyniesie jutro. To bezradność́, gdy ukochana osoba cierpi, a ty nie możesz nic zrobić́. Tata, zawsze dzielny, cierpiał potwornie. Miał wrażenie, jakby odcinano mu nogę̨ albo uderzano ją młotem – mówi Weronika, druga córka państwa Fiedorów.

Pan Jan rozpoczął walkę ze śmiercią. Jego żona i córki nie mogą rozpaczać, muszą być dla niego wsparciem. Szpital, w którym pan Jan często przebywa, stał się ich drugim domem. Lekarze wdrożyli chemię, potem immunoterapię.

- Były ciężkie chwile, jak wtedy, gdy u taty pojawiła się wysoka gorączka. Wówczas trafił do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, gdzie stwierdzono u niego gorączkę neutropeniczną, która jest powikłaniem u pacjentów onkologicznych, często prowadzącym do śmierci. Były też chwile dobre, gdy następowała remisja, która niestety nie trwała zbyt długo. Badania przeprowadzone po 4 miesiącach od zakończenia chemii, niestety nie były dobre. Okazało się, że nastąpił nawrót  choroby – opowiada ze wzruszeniem Weronika.

Pan Jan przyjął pięć cykli chemii. Został poddany kolejnej metodzie leczenia – przeszczepowi komórek macierzystych. To miał być́ koniec, ostateczne zwycięstwo w walce z chorobą.

- Tata czuł się dobrze, wrócił do pracy z myślą̨, że faktycznie już̇ po wszystkim. Był pełen nadziei i dobrej energii. Miał jechać́ z mamą nad morze, żeby świętować́ zwycięstwo nad śmiercią. Kilka dni przed wyjazdem mama zauważyła u niego guza na plecach – wspominają córki pana Jana.

Niestety okazało się, że choroba wróciła i jest jeszcze bardziej agresywna. Diagnoza była porażająca. To był przerzut do mózgu. Pan Jan aktualnie przyjmuje chemię paliatywną, która nie daje żadnych szans na wyleczenie, ma jedynie zmniejszyć́ ból. Przedłuża, ale nie ratuje życia.

Leki onkologiczne już̇ nie działają̨. Jedyną nadzieją jest terapia Car-T Cell, która polega na pobraniu limfocytów T i zmodyfikowaniu ich w taki sposób, by potrafiły walczyć́ z nowotworem. To „przeprogramowanie” organizmu w taki sposób, by mógł pokonać́ raka. Wielu osobom ta terapia uratowała życie. Niestety nie jest refundowana. Kosztuje ponad 1,3 miliona złotych. 

- To cena, której same nigdy nie będziemy w stanie zapłacić́. Zrobiłybyśmy dla rodziców wszystko, ale nigdy nie zdobędziemy takich pieniędzy. Potrzebujemy pomocy, nie możemy poddać się bez walki. Chociaż 1,3 mln zł wydaje się sumą niemożliwą do uzbierania, jesteśmy gotowe do starań i szukania ludzi dobrej woli, którzy mogą nawet najmniejszą sumą nas wesprzeć. Zrobimy wszystko, by ocalić́ tatę̨. Wiemy, że on zrobiłby to samo dla nas. Prosimy, błagamy o ratunek, bez was nie damy rad – apelują córki państwa Fiedorów.

W jaki sposób można pomóc? Czytaj dalej na kolejnej stronie...







Dziękujemy za przesłanie błędu