Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Poniedziałek, 29 listopada. Imieniny: Błażeja, Margerity, Saturnina
16/10/2021 - 19:50

Żyjemy w nielegalnym państwie, z nielegalnym parlamentem i prezydentem?

O wyrokach TSUE, Trybunału Konstytucyjnego i o tym, czy ważne będą choćby wyroki rozwodowe, rozmawiamy z Arkadiuszem Mularczykiem, wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Sądownictwa i sądeckim posłem PiS.

Arkadiusz Mularczyk
Panie przewodniczący, jak wielu sędziów powołała Krajowa Rada Sądownictwa od czasu wciąż kwestionowanych przez TSUE zmian, które zaszły w 2018 roku?

- To przeszło dwa tysiące sędziów, mianowanych lub awansowanych na wyższe stanowiska w konkursach. To sędziowie, którzy w sądach rejonowych, okręgowych, apelacyjnych, czy też w Sądzie Najwyższym oraz w sądownictwie administracyjnym od roku, dwóch, czy trzech lat orzekają i wydają wyroki lub inne rozstrzygnięcia. Trzeba mieć pełną świadomość, że w całej tej awanturze z TSUE chodzi głównie o Krajową Radę Sądownictwa, a mianowicie o to, czy 15 sędziów wybranych do KRS mają jak działo się to do niedawna - wybierać sami sędziowie, czy w tej procedurze ma uczestniczyć parlament.

Przed 2018 rokiem, w 25-osobowej KRS, gdy sędziowie byli wybierani przez sędziów, zasiadali głownie prezesi sądów i sędziowie najwyższych instancji, którzy stworzyli w sądownictwie niemal system zamknięty, decydujący na dekady, kto po kim zajmie wyznaczone stanowiska w sądach różnych instancji. Co jest istotne, sędziowie sądów rejonowych, którzy stanowią niemal 75 proc. całości środowiska, w KRS byli reprezentowani niewielkim stopniu. Dziś w dużej mierze proporcje się zmieniły, a decyduje o tym także tych 15 sędziów, którzy przystąpili do konkursu w KRS w 2018 roku zbierając podpisy poparcia 25 innych sędziów, czy też podpisy 2000 obywateli. W ten sposób zmieniony został dotychczasowy model wyboru sędziów do KRS. Dziś w KRS zasiadają w dużej mierze sędziowie z niższych instancji sądownictwa.

Co należy podkreślić, posiedzenia KRS są jawne, można je obserwować, a do zawodu sędziego, w przejrzystych zasadach konkursowych, w nieskrępowany dostęp mają także przedstawiciele różnych innych prawniczych profesji, a od decyzji KRS można składać odwołania. Takie zasady, niestety, nie obowiązywały przed 2018 rokiem.

Jednakże w postępowaniach przed TSUE wykreowano zupełnie abstrakcyjny problem, że nowi sędziowie powołani przez KRS nie dają rzekomo gwarancji niezależności, ponieważ zostali wybrani przez Sejm, a więc proces ich wyboru jest upolityczniony. Tym samym nie zapewniają obywatelom wyższych standardów ochrony sądowej. Podkreślić jednak także należy, że sędziowie wybrani w konkursach przez KRS są finalnie mianowani przez Prezydenta RP, a jego decyzje są niezaskarżalna.

W jakiej jesteśmy więc sytuacji? Nieważne miałyby być rozwody, sprawy majątkowe? To, co słychać ze Strasburga, oznacza, że wyroki zostaną kiedyś podważone. Jaka to liczba?
- To rzekome - według TSUE - zapewnienie obywatelom wyższych standardów ochrony sądowej mogłoby prowadzić do podważania setek tysięcy wyroków. Statystycznie jeden sędzia rocznie rozstrzyga od kilkudziesięciu do kilkaset spraw. Mówimy tu o wyrokach w sprawach cywilnych, rodzinnych, karnych, gospodarczych, administracyjnych, o wyrokach zapadających we wszystkich sądach: rejonowych, okręgowych, apelacyjnych, w Sądzie Najwyższym.

Co proponują ci, którzy podważają obecną procedurę powoływania i awansowania sędziów?
- Nieuznawanie tych sędziów, ani ich wyroków, wyłączanie się z orzekania wraz z nimi.

Jakie to miałoby konsekwencje?
- To byłaby kompletna anarchia państwa, podkopanie stabilności całego sądownictwa. Widać, że niektóre środowiska wbrew interesowi państwa i obywateli próbują wywierać presję na sędziów aby się wyłączali z orzekania z sędziami powołanymi przez obecną KRS. To ewidentne podkopywanie fundamentów sądownictwa. Można sobie przecież wyobrazić, że z czystego pragmatyzmu, każda strona niepewna wygranej przed sądem stwierdzi, że nie podoba się jej skład orzekający, ponieważ sąd wybrany przez nową KRS jest rzekomo upolityczniony. Albo z tego powodu zakwestionuje wyrok. W celu ochrony abstrakcyjnej praworządności i „wyższej ochrony sądowej obywateli” doprowadzi się faktycznie do rzeczywistej destrukcji systemu prawnego kraju.

Padają jednak głosy, że nie wszystkie wyroki sędziów mianowanych przez KRS w obecnym składzie miałyby być nieważne, że potrzebny jest ich przegląd, weryfikacja. Wyobraża pan to sobie?
- To po prostu niemożliwe, byłaby to destrukcja polskiego państwa. Zapewne dlatego też zapadł wyrok Trybunały Konstytucyjnego, który stworzył tarczę przed ingerowaniem TSUE, poprzez wyroki interpretacyjne, w polski wymiar sprawiedliwości. Bo poza dyskusją o wyższości prawa unijnego nad polskim, rolą polskiej Konstytucji, mamy do czynienia z konkretnymi orzeczeniami, decydującymi o losach konkretnych ludzi. Chyba nie wszyscy to rozumieją w toczącej się obecnie debacie publicznej.

Można więc sobie wyobrazić, że bank podważy kiedyś niekorzystny dla siebie wyrok w sprawie kredytu frankowego, że ktoś inny zakwestionuje wyniki wyborów parlamentarnych, czy wyborów prezydenta, bo w sprawie ich ważności orzekał Sąd Najwyższy z sędzią mianowanym przez KRS…
- Do tego to prowadzi. Bo jeśli zastrzeżenia wobec wyborów rozstrzygała Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która rzekomo też jest „nielegalna”, to znaczy, że Sejm jest nielegalny, tak jak wszystko, co posłowie uchwalili. Dochodzimy więc do kompletnego absurdu. Ale o to najwyraźniej chodzi autorom międzynarodowych interwencji – o paraliż państwa polskiego, tak aby było spętane niewykonalnymi i destrukcyjnymi rozstrzygnięciami TSUE i wewnętrznie podzielone.

Dziś, gdy państwo zaczęło się bronić, korzystając z wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który potwierdza prymat Konstytucji, to wyprowadza się kolejny poziom ataku w postaci zagrożenia sankcjami finansowymi lub blokowaniem należnych nam środków unijnych. Nie mam wątpliwości, że to strategia, którą przygotowano w Brukseli i Berlinie przy udziale Tuska; a za całym procesem stoi niewielka
grupa osób, które sterują wszystkimi procesami.

W tej całej sprawie oczywiście nie chodzi wyłącznie o model sądownictwa, sprawa ta jest jedynie pretekstem. Celem jest zmiana rządu poprzez przekonanie społeczeństwa, że tylko partie z nadania Brukseli i Berlina będą tu „dobrze gospodarowały” i wydawały środki, które zostaną odblokowane po zmianie rządu. Ten scenariusze pomiędzy wierszami zapowiadał były rzecznik praw obywatelskich pan Bodnar, mówiła o tym Bieńkowska i Tusk.

Po zmianie rządu ktoś machnie magiczną różdżką i wszystkie kłopoty znikną?
- Oczywiście w tej całej grze chodzi o zmianę statusu politycznego i gospodarczego Polski w Unii Europejskiej i nasze relacje z Niemcami. Niemcy, którzy dziś zarządzają UE woleliby klientelistyczny rząd w Warszawie, który zapewniałby im wpływy polityczne, gospodarcze, oraz tania siłę roboczą do pracy w Niemczech, a nie taki który twardo walczy o polskie interesy i gospodarkę w UE.

Nie sądzi pan, że - jako Polska - daliśmy jednak Unii zbyt wiele powodów do interwencji? Na czele z tak zwanymi uchwałami anty-LGBT, dość pochopnie podejmowanymi przez samorządy?
- Dziś w Unii Europejskiej dominują formacje lewicowo-liberalne, dla których prawicowy, konserwatywny rząd jest nie do przyjęcia. A każdy pretekst do ataku jest dobry. Dziś sądy, i LGBT, jutro wymyślą coś innego - Puszczę Białowieską, wiewiórkę, dzika, czy dzieci z Michałowa. Na kwestie polityczne i kulturowe nakładają się też kwestie historyczne i różne postrzeganie historii przez Europę zachodnią i nasz region. Nie możemy tez zapominać o roli Rosji, która chce podzielić kraje UE i osłabić kraje naszego regionu w tym Polskę. Rosja wyspecjalizowała się od wieków w dezinformacji.

Najgorsza w tym wszystkim jednak jest postawa opozycji , która inspiruje wiele działań międzynarodowych przeciwko Polsce. Ci ludzie źródło swego prestiżu widzą w stanowiskach i apanażach z Brukseli, czy Berlina. Znamiennym jest, że byli postkomuniści tacy jak Miller, Cimoszewicz, czy Belka i wielu innych służących przez dekady Moskwie, dziś poszło na służbę do Brukseli. Nie potrafią i nie chcą myśleć i działać w kategoriach interesu narodowego i polskiej suwerenności. To, niestety, trudny proces wychodzenia z mentalności postkolonialnej w Polsce który twa do dziś i nadal dzieli też społeczeństwo.

Polityka to jednak sztuka kompromisów, zyskiwania czegoś w zamian za coś. Czy możemy sobie pozwolić na postawę zero ustępstw? Czy w kontekście ogromnych pieniędzy z Funduszu Odbudowy nie warto czasem zrobić kroku wstecz, pójść na kompromis?
- Ale przecież takie właśnie były negocjacje premiera Morawieckiego w ramach pakietu odbudowy. Nie padło z naszej strony weto, premier poszedł na kompromis, przyjęto zasadę warunkowości, za co był krytykowany przez Zbigniewa Ziobrę. Widzimy więc, że polityka ustępstw prowadzi do tego, że będziemy tylko dopychani do ściany tak przez Brukselę jak i Berlin. Dziś Unia Europejska jest narzędziem realizacji polityki gospodarczej Niemiec, to jest oczywiste. Widać to także po wyrokach TSUE, choćby nakazie zamknięcia kopalni w Turowie, dla której alternatywą ma być kupowanie prądu nie gdzie indziej, tylko z Niemiec.

Musimy sobie uświadomić, że Unia Europejska nie jest klubem dżentelmenów, a narzędziem realizacji polityki najsilniejszych krajów. Dlatego musimy też być gotowi na spięcia w relacjach międzynarodowych i mieć świadomość, że często tylko w taki sposób możemy walczyć i bronić naszych interesów ekonomicznych, społecznych i politycznych w UE. Położenie geopolityczne Polski się nie zmieniło od wieków, cały czas leżymy pomiędzy Rosją i Niemcami, zmieniły się tylko metody ich oddziaływania. (rozmawiał: tomasz.kowalski@sadeczanin.info) Fot. archiwum A. Mularczyka/Unsplash







Dziękujemy za przesłanie błędu