Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 1 października. Imieniny: Heloizy, Igora, Remigiusza
10/08/2020 - 09:50

Z Nowego Sącza na Igrzyska Olimpijskie. Wspomnienia Piotra Klimczaka

Na igrzyskach Olimpijskich startował w Atenach oraz Pekinie. Jest dwukrotnym złotym medalistą uniwersjady w sztafecie 4x400 metrów. W swoim dorobku ma także medale Halowych mistrzostw świata i Europy. Zapraszamy na rozmowę z pochodzącym z Nowego Sącza lekkoatletą Piotrem Klimczakiem.

Piotr Klimczak

Na początku trenował Pan piłkę nożną w szkółce w Zawadzie, co Pan najbardziej zapamiętał z tego okresu?

-Treningi w klubie LKS Zawada Nowy Sącz rozpocząłem w wieku 9 lat. Grałem tam w trampkarzach, potem w juniorach młodszych i na końcu w pierwszej drużynie, która występowała wtedy w czwartej lidze. Był to jeszcze czas przed reorganizacją rozgrywek. Mam z tego okresu fajne wspomnienia, były to moje sportowe początki.

Jest Pan z tego samego rocznika, co inny znany wychowanek Zawady Arkadiusz Aleksander.

-Tak. Z Arkiem, podobnie jak z jego bratem - Miłoszem znamy się od dziecka, razem graliśmy w klubie. Trenował nas wówczas jego tata - śp.dr Ryszard Aleksander

Jak Pan wspomina tego trenera?

-Był wymagający, ale potrafił „wyciskać” z zawodników, to co najlepsze. Wszystkie nasze osiągnięcia zawdzięczamy właśnie jemu. Chłopaki z roczników 1977-82 tworzyli jedną „paczkę”, trenowaną właśnie przez dra Ryszarda Aleksandra

Jak z Pana perspektywy wyglądało życie w szatni piłkarskiej w latach 90?

-Musimy zacząć od tego, że nasza drużyna była typowo amatorska. Spotykaliśmy się trzy razy w tygodniu na treningach i w weekend na meczu, więc nie było tam takiego typowego życia piłkarskiego. W klubach profesjonalnych zawodnik przychodzi do drużyny na dłuższy okres czasu. U nas każdy chodził do szkoły lub pracy. Ciężko mówić tu o  zwyczajach panujących w szatni.

Szkółka Zawady była w tamtym czasie jedną z najlepszych z w Nowym Sączu?

-Tak, szkolenie stało na bardzo wysokim poziomie. Grając w juniorach młodszych przez kilka lat z rzędu wygrywaliśmy mistrzostwa województwa Nowosądeckiego, a następnie rywalizowaliśmy z mistrzem województwa Krakowskiego – Wisłą Kraków i Tarnowskiego – Wisłoką Dębica. Graliśmy również w ogólnopolskim turnieju juniorów im. Kazimierza Deyny.

W jakim wieku kończył Pan przygodę z LKS Zawadą?

-Wyjechałem studiować do Krakowa na AWF mając 20 lat i przez pierwszy rok jeszcze grałem w Zawadzie. Od kolejnego zająłem się już tylko bieganiem.

Na jakim poziomie mógłby Pan grać, gdyby kontynuował Pan występy w klubie?

-Ciężko przewidzieć, gdyż do piłki miałem całkowicie inne podejście niż do biegania. Kiedy rozpocząłem treningi biegowe, mój trener pokazał mi jak w sposób profesjonalny podchodzić do sportu. Zajęcia odbywały się dwa razy dziennie, rozpocząłem dietę, zacząłem prowadzić zdrowy tryb życia. Wszystko było podporządkowane tej dyscyplinie. Grając w piłkę nie wiem czy udałoby się cokolwiek osiągnąć.

Pana przygoda z biegami rozpoczęła się w bardzo ciekawy sposób. Mówię tutaj o słynnym zakładzie…

-Dokładnie. Będąc na studiach założyłem się z kolegami, że przebiegnę 400 metrów poniżej 53 sekund. Na moje szczęście, odbywało się to na zajęciach z lekkoatletyki, które prowadził mój późniejszy trener śp. dr Andrzej Śrutowski. Powiedziałem mu czego ów zakład dotyczy, na co odparł, że nie uda mi się zejść poniżej 56 sekund. Ostatecznie mój czas wyniósł równe 50 sekund. Po biegu trener podszedł do mnie, poklepał po ramieniu i powiedział żebym przyszedł w poniedziałek na do niego na trening, a nie pożałuję. Tak rozpocząłem przygodę z lekkoatletyką. Moja kariera nabrała tempa i po dwóch latach pojechałem na Igrzyska Olimpijskie.

Piotr Klimczak

Był Pan na dwóch olimpiadach w Atenach i Pekinie. Która była dla Pana bardziej udana?

-Zdecydowanie Pekin. W Atenach debiutowałem, była to moja pierwsza impreza seniorska i międzynarodowa. Nie byłem wcześniej na żadnym tego typu wydarzeniu i wszystko było dla mnie nowe. Pod względem sportowym Pekin był dużo lepszy, znajdowałem się wówczas w dobrej formie, wiedziałem co mnie czeka i jak to będzie wyglądać.

Czy sądeckie środowisko sportowe wspierało Pana w startach na arenach międzynarodowych?

-Wyjechałem z Nowego Sącza bardzo wcześnie, a lekkoatletyka w tym mieście też nie była za bardzo popularna. Pamiętam nawet, że kiedy biegałem wokół boiska, przygotowując się do startów, patrzono na mnie trochę ze zdziwieniem, że trenuję coś takiego. Poza rodziną i kolegami, którzy byli dla mnie dużym wsparcie, nie wiem czy ktoś w ogóle wiedział o tym czym się zajmuję.

Na igrzyskach oprócz startu indywidualnego, wystąpił Pan też w sztafecie. Medalu zdobyć się jednak nie udało..

-Niestety nie. W Atenach odpadliśmy w eliminacjach, w Pekinie natomiast skończyliśmy na 7. pozycji. Trochę nam zabrakło.  Igrzyska to jednak najwyższy światowy poziom. Startuję osiem ekip, a miejsca medalowe są tylko trzy. Nie każdemu jest więc dane być na podium.

Jechał Pan na olimpiadę z nastawieniem walki o medal?

-Oczywiście. Byliśmy brązowymi medalistami Mistrzostw Świata 2007 w Osace, gdzie nie startowałem, bo miałem kontuzję. Koledzy udowodnili tam, że Polska sztafeta należy do ścisłej czołówki i będzie kandydatem do medalu w Pekinie. Cały 2008 rok był podporządkowany przygotowaniom do walki o miejsce w pierwszej trójce na Igrzyskach.

-W 2012 r., na olimpiadzie w Londynie Pan już nie startował

Tak, niestety miałem wtedy już 32 lata, a kariera sprinterska jest dość krótka. Moje wyniki sportowe nie pozwalały już na zakwalifikowanie się do kadry.

Myślał Pan wówczas o jakimś powrocie do piłki nożnej?

-Nie, bo różnica w treningu, wydolności i motoryce między piłką, a lekkoatletyką jest diametralna. Nawet teraz, kiedy gram dla przyjemności to nadal to widzę. Nie da się porównać ciągłego biegu i sprintu do biegania przez 90 min. Jest to zupełnie inny rodzaj wysiłku.

Co uważa Pan za swój największy sukces w karierze?

-Zdecydowanie 7. miejsce z Pekinu. Medale z mistrzostw świata i Europy też są wartościowe, ale dla każdego sportowca kluczowe są Igrzyska Olimpijskie. Każdy marzy, by tam wystąpić.

Czy czuje Pan niedosyt wynikający z myśli, że mógł Pan osiągnąć więcej?

-Zawsze są myśli, że coś można było zrobić lepiej, czy inaczej. Patrząc z perspektywy czasu, każdy może powiedzieć, że chciałby mieć to doświadczenie, które ma teraz i ciało dwudziestolatka. Miałem lata lepsze i gorsze. Realnie nie było możliwości na nic więcej ponad to, co osiągnąłem.

Czy po zakończeniu kariery jest Pan związany ze sportem?

-Tak, w tej chwili jestem żołnierzem zawodowym. Pełnię w wojsku rolę instruktora sportu i prowadzę zajęcia w tym zakresie. Sport jest cały czas obecny w moim życiu.

Odwiedza Pan jeszcze rodzinne, sądeckie strony?

-Odwiedzam. Cyklicznie przyjeżdżam do rodziców, więc w Nowym Sączu jestem dosyć często. Ta ziemia ciągle jest mi bardzo bliska. Zawsze wracam tu z dużym sentymentem.

Komu najbardziej zawdzięcza Pan to, że udało się Panu tyle osiągnąć?

-Szczęściu. Każdy człowiek ma jakiś talent, czy to naukowy, czy sportowy, czy jeszcze jakiś inny. Nie każdy jednak dostaje szansę, aby go w pełni wykorzystać. Ja urodziłem się w Nowym Sączu, gdzie lekkoatletyki po prostu nie było. Można było tam grać w koszykówkę, piłkę nożną, siatkówkę, pływać itp., ale klub lekkoatletyczny nie istniał. Gdyby nie fakt, że znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie oraz to, że zawarłem ten słynny zakład to prawdopodobnie nigdy bym nie wystąpił na Olimpiadzie. Zapewne po studiach byłbym nauczycielem WF-u i tak toczyłoby się moje życie. Szczęście mi w odpowiednim momencie sprzyjało.

Czy w biegach możemy nadal liczyć na sukcesy?

-„Perełki” trafiają się cały czas. Kiedy ja zaczynałem na topie byli „Lisowczycy”, teraz są „Aniołki Matusińskiego”. Niedługo znowu pewnie przyjdą kolejni utalentowani zawodnicy. Wszystko przed nami.

Rozmawiał: MP, fot.: Piotr Klimczak







Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin - wydanie wrześniowe