Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 23 października. Imieniny: Edwarda, Marleny, Seweryna
21/09/2016 - 04:00

Krzysztof Pawłowski: Z ulgą oddałem szkołę, bo wiedziałem, że nie upadnie

Senator I i II kadencji, twórca przez wiele lat prestiżowej Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, za swoją inicjatywę i jej rozwój nagradzany najbardziej prestiżowymi wyróżnieniami w Polsce. Gdy ktoś wskaże, że stracił 100 mln zł, odpowie, że zyskał za to coś więcej, w wymiarze niematerialnym... Nam dr Krzysztof Pawłowski spowiada się ze swojej wielkiej miłości do Nowego Sącza, a my pytamy go, jakie uczucia towarzyszyły mu kiedy rozkwitała i upadała jego uczelnia.

Nowy Sącz to miasto ponad stu milionerów – to najczęstsze określenie, które pojawia się w ogólnopolskiej prasie. Tzn. że sądeczanie są przedsiębiorczy? Co na ten temat sądzi twórca Wyższej Szkoły Biznesu?

Tę przedsiębiorczość sądeczan wiążę z kilkoma rzeczami, ale najmocniej ze słynnym eksperymentem sądeckim. Już wtedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czyli w czasie odwilży gomułkowskiej, zebrało się kilku wysoko postawianych działaczy partyjnych, ale wielkich lokalnych patriotów. Mieli pomysł, który odnosił się już do przedsiębiorczości miejscowych. Nie był on adresowany do jednostek, potencjalnych milionerów, ale generalnie do społeczności lokalnej. Pomysł polegał na tym, żeby wypracowane podatki wracały tutaj i służyły rozwojowi. I to zadziałało, mimo że eksperyment przerwano, spowodował społeczne ożywienie.  Po drugie sądeczanie zawsze byli dumni z miejsca, w którym mieszkali.

Skąd ta duma?

Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Pamiętam swoje akademickie czasy, kiedy wiele czasu spędzaliśmy na studenckich rajdach. Zawsze, jeśli ktoś był z województwa krakowskiego, to najczęściej przedstawiał się, że pochodzi z krakowskiego, a sądeczanin nigdy by tak nie zrobił. Z dumą mówił, że jest z Nowego Sącza.

Ta duma i mocne zakorzenienie dawały impuls do przedsiębiorczości. Tutaj nigdy nie było ludziom łatwo, musieli ciężko pracować i ruszać głowami.  Stąd nie było też wielkiej emigracji do Stanów Zjednoczonych, więc nie wiązałbym tego, że sądeczanie nauczyli się przedsiębiorczości za oceanem na wyjazdach, żeby się dorobić i wrócić.  W Polsce są całe połacie miejsc, gdzie ludziom się autentycznie nic nie chce, a tym bardziej zaryzykować i zająć się biznesem. A u nas nie.

A pan też czuje się biznesmenem?

Nie. Nigdy nie tworzyłem Wyższej Szkoły Biznesu dla swoich korzyści, żeby się dorobić. Źle zrobiłem, że nie potraktowałem szkoły jako swojego interesu. Gdybym tak to potraktował, to w latach kryzysu podjąłbym znacznie wcześniej silniejsze działania restrukturyzacyjne, które może doprowadziłby do tego, że nie bylibyśmy już szkołą o ambicjach międzynarodowych, ale dobrą szkołą, bo broniłbym swojego majątku.

Nigdy nie uważałem się za prawdziwego biznesmena, przedsiębiorcę. Co zabawne, to dostałem kiedyś najważniejszą w kraju nagrodę Przedsiębiorca Roku. Brak mojej zimnej oceny zaszkodził szkole. Miałem za dużo ambicji i myślałem tylko o tym, co było dla mnie ważne – szkołę tworzyłem dla Polski i dla Sądecczyzny.  To było normalne dla takich ludzi jak ja, którzy po 1989 roku wchodzili do polityki, to było naturalne. To się dopiero zepsiało później.

Jaka przyświecała Panu idea, powołując prywatną uczelnię? To miała być elitarna szkoła dla wybranej grupy? Czy po prostu uczelnia na wysokim poziomie?

Trzeba sięgnąć do 89 roku i do wyborów. Byliśmy idealistami, ale kompletnymi amatorami, ponad 90 procent osób. Nie poszedłem do polityki, żeby zrobić interes, czy żeby błyszczeć. Czułem się spełniony jako fizyk. Wielu ludzi teraz w to nie wierzy, że się szło do polityki pro publico bono. Marzyłem o wolnej Polsce, żyłem tym, chociaż w latach siedemdziesiątych dochodziłem do przekonania, że jest to nierealne i powinienem się zająć tylko fizyką. Ale kiedy tylko lekko uchyliło się okno, to skorzystałem i utworzyłem w Nowym Sączu Klub Inteligencji Katolickiej. Nie ze względów religijnych – przez KIK chciałem doprowadzić do tego, że za ileś lat grupa osób będzie przygotowana do działalności publicznej. To miało być polityczne przedszkole. Potem okazało się, że są na widoku wybory w 89 roku. I jestem z tego dumny, że tu w Nowym Sączu byłem jedną osób, która te wybory przygotowywała. Doprowadziliśmy nawet do tego, że w Nowym Sączu były prawybory. Nikt przy małym stoliku nie zdecydował, że będzie to Adam, Maciek czy Krzysiek. Do dziś się śmieję, że jedynym moim sukcesem politycznym była wygrana w tych prawyborach. Rozniosłem wszystkich pozostałych kandydatów, łącznie z Andrzejem Szkaradkiem.

Cały artykuł można przeczytać we wrześniowym numerze miesięcznika "Sądeczanin"

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji



Dziękujemy za przesłanie błędu