Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 22 sierpnia. Imieniny: Cezarego, Marii, Zygfryda
14/08/2019 - 23:35

Z cyklu "Jak nie być frajerem?”: Dzikość serca a dzikość rozumu (6)

- Czucie i wiara silniej mówi do mnie niźli mędrca szkiełko i oko – to słynne słowa Adama Mickiewicza wyrażające stan pewnego napięcia pomiędzy sferą emocjonalną i rozumową w człowieku. Problem ten w okresie oświecenia przybrał formę otwartego konfliktu między kierującymi się wskazaniami rozumu „oświeconymi” a odwołującym się do zabobonów i przesądów „ciemnogrodem”.

Fot. BPBricklayer/Pixabay
„Dzikość serca” to zagadnienie dobrze rozpoznane. Zrywy wywołane niezadowoleniem, samosądy, nienawiść, rządza zemsty i inne działania o charakterze emocjonalnym mają bardzo złą opinię i są źródłem takich mądrości ludowych jak choćby „emocje są złym doradcą” czy „kiedy miłość szepce, rozum milczeć musi”.

Spontaniczność działań emocjonalnych jest zawsze przeciwstawiana roztropnemu, poprzedzonemu głęboką refleksją postępowaniu i na jego tle zazwyczaj wypada negatywnie. Nawet w życiu duchowym człowieka – spontaniczne akty religijne ustępują praktykom o charakterze systematycznym i uporządkowanym. Dzikość serca jest zwykle traktowana jako przymiot wieku młodzieńczego, kiedy to najczęściej idealistyczne zapędy biorą górę nad trzeźwym, realistycznym oglądem sytuacji. Summa summarum: o dzikości serca wszyscy wiedzą.

Na tym tle znacznie słabiej zidentyfikowanym zjawiskiem jest „dzikość rozumu”. Jest to pojęcie niezupełnie przeciwstawne „dzikości serca” ze względu na fakt, że  w jednym i drugim pojawia się czynnik pewnego spontanicznego, entuzjastycznego porywu. W przypadku „dzikości serca” źródłem tego porywu są uczucia, a w przypadku „dzikości rozumu” – racjonalizm.

Na potrzeby niniejszego tekstu będziemy traktowali tytułową „dzikość rozumu” jako „entuzjastyczne dążenie do przeobrażania zastanej rzeczywistości (w szczególności społeczno – politycznej) zgodnie ze wskazaniami nauki”.

Krótko o korzeniach „dzikości rozumu”. Otóż w epoce przedoświeceniowej decyzje związane z rzeczywistością społeczno-ekonomiczną zasadniczo opierały się przede wszystkim na naturze rozpoznawanych problemów. A więc tak, jak to w życiu bywa: pojawia się problem, a my zastanawiamy się, jak (za pomocą dostępnych środków) problem ten można rozwiązać. Techniki radzenia sobie z problemami pochodziły z praktyki życiowej, często z uczenia się na własnych błędach (ang. Learning by doing).

Tutaj ciekawostka: ówcześni ekonomiści wcale nie wiedzieli, że są ekonomistami! Niektórzy sądzili, że są uczonymi, inni postrzegali siebie w kategoriach adeptów filozofii naturalnej lub filozofii społecznej. Nikomu to nie przeszkadzało.

I wtedy na świat przyszedł Isaac Newton. Jego wiekopomne dzieło Philosophiae naturalis principia mathematica (1687) było nowatorskim ujęciem tego, co współcześnie określamy mianem fizyki. Z prac uczonego wynikało, że rzeczywistość poddaje się opisowi matematycznemu, że można ją zamknąć w matematycznych modelach, których prawdziwość daje się sprawdzić eksperymentalnie. Ścisłość, precyzja, porządek, przejrzystość – to tylko niektóre z zalet stworzonego przez Newtona systemu.

Bezpośrednią konsekwencją prac Newtona był fenomenalny postęp fizyki, a konsekwencją pośrednią – uznanie fizyki za wzór, do którego powinny dążyć wszystkie nauki. Nie trzeba było długo czekać. Z czasem większość intelektualistów uznała, że kluczem do sukcesu danej dyscypliny jest jej maksymalne upodobnienie do fizyki. W taki sposób zaczęło się coś, co von Hayek określa mianem „tyranii metod i technik Nauki”.

Podejście newtonowskie w sposób szczególny spodobało się ekonomistom. Wszakże problemy, którymi się zajmują, także mają charakter (pozornie) policzalny. Wydawało się zatem, że stworzenie „fizyki społecznej” lub „fizyki politycznej” to tylko kwestia czasu. Ażeby do tego doszło, należało wcześniej dokonać pewnej zasadniczej zmiany w myśleniu.

Otóż Newton odkrył i opisał matematycznie prawa przyrody – stworzył teorię, a następnie zastosował ją w praktyce. Logiczne więc było, że nauki społeczne muszą iść podobną drogą: muszą poznać fundamentalne prawa ekonomii, następnie stworzyć teorię, a potem stosować ją w praktyce gospodarczej.

Zwróćmy uwagę na ten kopernikański przewrót w myśleniu o specyfice ekonomii! Dotychczasowi ekonomiści uważali, że ich zadaniem jest rozwiązywanie konkretnych problemów życia gospodarczego. Oświeceni ekonomiści uznali, że najważniejsze jest budowanie „naukowej teorii”.

Słabością tego nowego podejścia, a jednocześnie jego milczącym założeniem było przyjęcie, że rzeczywistość społeczno – gospodarcza daje się badać za pomocą takich samych metod, jak rzeczywistość fizykalna i, że w niej także daje się zidentyfikować jakiekolwiek podstawowe prawa. Innymi słowy, nie odpowiedziano na pytania, czy metoda naukowa, która z takim powodzeniem jest wykorzystywana w fizyce, ma jakieś ograniczenia, i czy nadaje się do wszystkich dyscyplin? Brak takiej refleksji spowodował, że narodził się scjentyzm, a więc niewolnicze naśladowanie metody i języka nauki. 

I na koniec tej części rozważań: Newton stworzył inżynierów (ludzi, którzy na gruncie teorii są w stanie przeobrażać rzeczywistość w pożądanym kierunku) natomiast zafascynowani Newtonem adepci nauk społecznych stworzyli mentalność inżynierską – przekonanie, że społeczno-ekonomiczną rzeczywistość należy traktować dokładnie tak samo, jak inne kwestie naukowe, a więc, że decyzje muszą być wynikiem dowodu naukowego i że dzięki „naukowemu” podejściu można będzie rozwiązywać wszystkie kwestie społeczne, religijne i polityczne dokładnie w taki sam sposób, jak buduje się most, czy drogę. 

Poznawszy istotę problemu dotyczącego „dzikości rozumu”, zapewne dostrzegasz drogi Czytelniku przyczynę, dla której nie mogło go zabraknąć w cyklu „jak nie być frajerem?”. Wszakże entuzjazm, wiara w niezawodność teorii oraz (najczęściej) pogarda względem tych, którzy do owych teorii zachowują dystans, bądź ich w ogóle nie znają – to papierki lakmusowe zidentyfikowanego w poprzednich tekstach problemu frajera. Skoro tak, to w takim razie zapewne spodziewasz się teraz konkretnych przykładów tego, jak „dzikość rozumu” doprowadziła swoich wyznawców do nieszczęścia. Oto one:

Rewolucja Francuska. Wolność, Równość, Braterstwo! Czyż to nie piękne hasła, pod którymi mógłby się podpisać każdy z nas? Problem jednak nie dotyczy samych haseł, ale raczej tego, co się pod nimi kryje. Otóż istotą Rewolucji francuskiej było unicestwienie ancien régime'u – starego porządku, który funkcjonował we Francji od stuleci.

Swoistym jądrem starego systemu była religia katolicka, nic więc dziwnego, że stała się ona głównym obiektem agresji rewolucyjnych „inżynierów społecznych”, którzy pragnęli stworzyć społeczeństwo wolne od zabobonów, oświecone i racjonalne, które przy pomocy „naukowych” narzędzi osiągnie szczęście i dobrobyt.

Tutaj, drogi Czytelniku, pozostawię pewne niedomówienie. Opracowań poświęconych Rewolucji Francuskiej jest bardzo dużo i nie ma tu miejsca na szczegółowe wyliczanie skali destrukcji wywołanej implementacją pomysłów zrodzonych w oświeconych głowach jej przywódców. Ograniczę się jedynie do wskazania pewnego paradoksu dziejów. Mianowicie owocem rewolucji, która była wymierzona w znienawidzoną absolutną władzę królewską, był….. Napoleon Bonaparte - największy despota, jakiego kiedykolwiek znała Francja, który skoncentrował w swoich rękach władzę, o jakiej nawet nie śnił żaden z królów poprzedniego ustroju.

Podkreślić pragnę szczególnie mechanizm „dzikości rozumu”: władza dostaje się w ręce ludzi, którzy chcą w miejsce tradycji i zabobonów wprowadzić „rządy nauki”, następnie COŚ wymyka się spod kontroli, a następstwem jest terror i despotyzm. A więc rezultat jest przeciwieństwem zamierzonego celu.

Kolejny przykład – Rewolucja bolszewicka. Podobnie jak poprzednio, mamy niezadowolone masy oraz pewnych siebie przywódców, którzy zapowiadają zastąpienie starego systemu – systemem nowym, opartym na „naukowym podejściu”. Pamiętajmy bowiem o tym, że przez długie lata inteligencja państw zachodnich traktowała poczynania władz radzieckich jako niemal ideał racjonalnego, opartego na rzetelnych badaniach – postępowania.

Przyzwyczailiśmy się już do myślenia o socjalizmie i komunizmie w charakterze systemów, które są oparte na wręcz nielogicznych założeniach, jednakże ich początki były bardzo obiecujące, atrakcyjne intelektualnie, i miały świetne podstawy teoretyczne. Jednak znów…zamiast obiecanego dobrobytu dostajemy terror, jakiego nie znała historia, gułagi, głód i ludzkie nieszczęście. Znów efekty są przeciwieństwem zamierzonych celów.

Dalej czytaj na następnej stronie:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji





Dziękujemy za przesłanie błędu


Sierpniowy miesięcznik "Sądeczanin"