Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Poniedziałek, 22 kwietnia. Imieniny: Łukasza, Kai, Nastazji
28/02/2024 - 10:45

Stanisław Podleski z Nawojowej, najsłynniejszy, polski dziad proszalny

Wzruszająca stara pieśń, o której za chwilę, powstała najprawdopodobniej na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku, gdy po ziemiach polskich włóczyły się, bez przesady, tysiące wiecznie głodnych „ludzi gościńca”, bezdomnych, uciekających przed pańszczyzną, sprawiedliwością czy żonami (co na jedno wychodzi), prawdziwych i fałszywych pątników, konowałów, olejkarzy, obraźników, handlarzy dewocjonaliami, wędzikaletów, zerwipludrów, łuszczybochenków etc.

Nie bez satysfakcji przypomnę w tym miejscu, że jedną z najsłynniejszych (nazwisko znalazłem aż w trzech opracowaniach tematycznych) postaci polskiego gościńca był nasz rodak z Nawojowej, Stanisław Podleski, służący u tamtejszego plebana, potem zatrudniony u siostrzyczek w Starym Sączu, a jeszcze potem – dziad proszalny…

Ale jaki dziad! Do żebraniny na odpustach dorabiał sobie kradzieżą. Żył jak panisko, a gdy przyszły po niego miejskie pachołki, kazał im poczekać w karczemnej sieni, sam zaś wypił spokojnie piwo z masłem i dwie kwaterki wódki…

Żebracy, czyli dziady, należeli do arystokracji ludzi gościńca. Znali expedite kalendarz liturgiczny, wiedzieli gdzie odpust, gdzie prymicja, święto cechowe, gdzie i kiedy w parafii coś święcą. Wyciągnięta do ludzi pod kościołem ręka rzadko pozostawała pusta: nie pozwalał na to polski obyczaj. Walczyli między sobą o lepsze miejsce koło bramy kościelnej czy cmentarnej, demonstrowali swą nędzę, łachmany, wrzody, choroby, kalectwo.

Na ile owe nieszczęścia były prawdziwe – to już inna sprawa. Najbardziej opłacalne było symulowane opętanie: jęki, wycie, drgawki, rzucanie się w błoto, wymachiwanie rękami. Opętanie mijało za każdym razem po pokropieniu wodą święconą.

Ale księża proboszczowie nie byli w ciemię bici. Opowiadano, że pewnego razu infułatowi „od Panny Marii” w Krakowie, Jackowi Łopackiemu się przejadło: Wyszedł przed kościół, jak zwykle opętanych pokropił, a kiedy oczekiwanego skutku wszyscy się dopatrzyli, krzyknął: - A oszuści. A nicponie! A  udawacze! Gdybyście byli prawdziwi opętani, to by wam nic nie dało to moje kropienie, bom zwykłej, a nie święconej wody na was użył! I zaczął łajdusów grzmocić kropidłem.

Mieli swoje obyczaje, język, kodeks honorowy i, oczywiście, piosenki. Ta wspomniana na wstępie, która przyplątała mi się o listopadowej, szarej godzinie, związana jest - zdaniem uczonych mężów - z powrotem do kraju żołnierzy wojen napoleońskich, a potem uczestników powstania listopadowego.

To już była inna klasa. Włóczyli się po wszystkich trzech zaborach, poszukując kawałka chleba, dachu nad głową, dobrego słowa. Prości żołnierze, często inwalidzi, którym najdotkliwiej „los napluł w twarz”, w coraz bardziej wyświechtanych mundurach dołączali do ludzi gościńca.

Pomoc dajcie mi, rodacy
Bo straszliwy los mnie nęka…
Umrzeć muszę, bo do pracy
Jedna pozostała ręka…

Płynęły lata. Do śpiewanych (w dni syte) po karczmach czy gościnnych dworskich stodołach piosenek ludzi gościńca weterani dołączali nowe, wykorzystując stare motywy, silne poczucie własnej wartości oraz pogardę dla przedstawicieli Długiej Ręki Sprawiedliwości, czyli prześladujących dziadów (no, sympatyczniej – dziadków) żandarmów, vulgo  dziandziarów. Tekst jednej takiej piosenki znalazłem w sklepiku naszego Miasteczka Galicyjskiego:

Oj, posłuchajcie, krześcijanie wierni
Coście dla dziadka dobrze miłosierni
Niechże posłucho i młody, i stary
I wy dziandziary.

Dawniej królowa w dziadzie się kochała
Zamiast królowi dziadowi dawała
Dzisiaj, ludkowie, dziad by z głodu padnął
Żeby nie kradnął. […]

Piękne dziewczęta ręce wyciągały
Jak dziadek przysed, do domu go brały
Po całych nocach dziadek sobie drzymoł
Za cycki trzymoł. […]

Psiekrwie dziandziary nastały na świecie,
Jak ujrzy dziadka, to go zaraz zmiecie
Biednego dziadka do paki wsadzają
Jeść mu nie dają.

Co też ten dziandziar mo straszny widelec
A sam wyglądo jak jaki wisielec
Toteż się dziadek prze nim nie ostoi
Bo się go boi. […]

W sądzie dziadek musi łaski szukać,
Jesce na niego sędzia zacznie fukać
I daje wyrok: Dwa miesiące ciupy
Z chłostaniem dupy. […]

Pamiętos, dziandziar, jakeś na tym świecie
Nos, biednych dziadków, smarował po grzbiecie?
Teroz siedź w piekle i pij smolną zupę
Całuj nas w dupę!

Te dumne acz melancholijne słowa  dedykuję tym wszystkim sądeckim Matuzalemon, którzy usiadłszy na laurach, przecież lubią wracać  wspomnieniami do czasów dawno minionych, gdy w szarą godzinę przychodziło im słuchać maminej piosenki:

W sieni dziad wyciąga rękę
Pies potargał mu sukienkę…

No cóż, jak mówią Czesi: To se už névrati… Ale jest, jest sposób na listopadowy spleen! Wymyślił go i wypróbował Ludwik Jerzy Kern, radząc wszystkim  dziadkom i dziadom oglądać mecze piłkarskie i najpiękniejsze gole:

Dziadek, niestety, już gola nie strzeli
Może najwyżej przy świętej niedzieli
Patrząc na ekran, na kopaną fetę
Strzelić se setę*                             

(Leszek Mazan) Image by Myriams-Fotos/Leroy Skalstad from Pixabay

*To tylko tzw. pobożne życzenie. Zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej alkohol można podawać co najwyżej w kieliszkach 40-gramowych.







Dziękujemy za przesłanie błędu