Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Niedziela, 11 kwietnia. Imieniny: Filipa, Izoldy, Leona
05/04/2021 - 16:40

Epidemie i zarazy nie od dziś dotykają Sądecczyznę

Czas pandemii koronawirusa nieco już nam spowszedniał. Powoli życie wraca do normy. Jednym z najpopularniejszych słów jest „odmrażanie życia”, właściwie we wszelkich możliwych aspektach. Nic nowego! To wszystko już było. Historia uczy, że musimy się przyzwyczaić do życia w cieniu epidemii - pisze dr Łukasz Połomski.

Pandemia grypy hiszpanki - szpital polowy w USA
Epidemie przez wieki nie były obce Sądecczyźnie. Dziesiątkowało ją „morowe powietrze”, cholera, a 100 lat temu grypa hiszpanka. Po początkowym szoku i kwarantannach przychodzi czas na normalne życie. Nawracające fale epidemii nie paraliżowały życia całkowicie. Śmierć, zamknięte szkoły czy kościoły stawały się elementem życia codziennego. Słusznie Czytelnik może powiedzieć: to były inne czasy! To prawda. Społeczeństwo 100, czy 200 lat temu nie było konsumpcyjne, edukacja w wielu domach nie była priorytetem. Dlatego dziś stajemy przed wielkim wyzwaniem – zachowaniem środków ostrożności, przy jednoczesnym „odmrożeniu” życia społecznego. Nasi pradziadowie to doskonale znali.

W 1831 r., w Nowym Sączu, pierwszy raz na wielką skalę szalała cholera. Dyrektor sądeckiego gimnazjum, Wojciech Klimaszewski pisał, że oprócz głodu i trwającego powstania na nasze ziemie przybyła zaraza cholerą zwana. Miasto było wymarłe. Pierwsze oznaki choroby pojawiły się 24 lipca i od razu zmarły aż 4 osoby. Zostały zamknięte sklepy, kościoły, a nabożeństwa i suplikacye odbywały się na środku Rynku, tak aby ludzie nie gromadzili się w jednym miejscu. Ulice miasta wyglądały przerażająco - wszędzie widać było wozy do wywożenia trupów. Groby lokowano poza miastem, żeby nie umożliwić ludziom łatwego uczęszczania na cmentarz. W ciągu dwóch miesięcy w Nowym Sączu zmarło 300 osób, w cyrkule zachorowało 3114 osób (w tym 1020 zmarło). Często słychać było dźwięk dzwonka: to kapłan spieszył z wiatykiem do konającego – opisywał Nowy Sącz Klimaszewski - Tłum jęczał i płakał z żalu i przestrachu. Z biegiem czasu ludzie się oswoili z życiem w czasach zarazy, a nagłe zachorowania i śmierć stały się towarzyszem codzienności.

Cholera w swojej sile rażenia była absolutnie nieporównywalna do koronawirusa. Mieszkańcom Sądecczyzny towarzyszyła cały XIX w. W 1867 r. zaraza zabrała 700 ofiar w rejonie Nowego Sącza. Wówczas w Galicji zmarło 217 tys. osób, a w 1882 r. - 218,5 tys. Pierwsze fale epidemii napawały ówczesnych strachem, potem jednak wypracowano metody profilaktyki. Na ile były skuteczne można dyskutować, ale dzięki nim ludzie mieli poczucie bezpieczeństwa.

Priorytetowym zadaniem władz miasta było nawoływanie do dbania o czystość. Higiena miała przeciwdziałać chorobom. I faktycznie tak się działo, bardzo powoli można było obserwować zmiany. Chorych nie umieszczano w szpitalach powszechnych, ale w specjalnych lazaretach epidemicznych, które istniały w czasie nawrotu epidemii. Jednocześnie otwarte były sklepy, szynki, zakłady rzemieślnicze. Zbierała się rada miejska, która starała się poprawiać jakość opieki medycznej. Im bliżej końca XIX w. tym bardziej cholera stawała się normalnym zjawiskiem, które niczym „miecz Damoklesa” wisiał w powietrzu, ale nie była szokiem paraliżującym życie społeczne.

Ludzie nieufnie podchodzili do szczepionek, nie byli przekonani, że cokolwiek pomogą. Dzięki władzom samorządowym udało się szczepić ludzi na ospę w XIX w. Ale nie na wszystko wynaleziono lekarstwo. Największym problemem dla rządzących były szkoły, które przypominały tykające bomby epidemiologiczne. Od początki XX w. były często zamykane ze względu na szkarlatynę, tyfus i czerwonkę. Dzięki temu jednak skutecznie hamowano rozprzestrzenianie się chorób. Ludzie uczyli się profilaktyki.

W 1908 i 1909 r. znowu pojawiała się na Sądecczyźnie szkarlatyna. Chorowało niemal 300 dzieci. Burmistrz Barbacki postanowił zastosować ryzykowny manewr i nie zamknął placówek edukacyjnych. Dzisiaj nazwalibyśmy ten ruch „rozwiązaniem szwedzkim”. Dowodzi to jednak, że dla niektórych mieszczan epidemie były „obok”, a życie toczyło się dalej. Złośliwa dla Barbackiego prasa pisała, że lekarze miejscy czekają na większą liczbę ofiar. Na całe szczęście nie było tak źle, a szkarlatyna była chorobą, obok której ludzie nauczyli się żyć. Od początku XX w. to właśnie ta choroba występowała najczęściej. I to ona towarzyszyła odrodzeniu się wolnej Polski. Z jej powodu w 1919 r. zamknięto szkoły. Podobnie było z powodu wspomnianego tyfusu.

Żadna z powyższych epidemii nie mogła się równać hiszpance, która grasowała falami, od końca 1918 r. przez niemal rok. Nikt nie liczył ofiar tej choroby, ale czytając szkolne kroniki możemy się dowiedzieć, że w każdej z placówek umierało po kilkanaścioro dzieci. To właśnie one były wówczas najbardziej zagrożone.

Książeczka z poczatku XX w. opisująca cholerę. Fot. POLONA

Meningitis, czerwonka i hiszpanka szerzą się podobno w przerażający sposób w Nowosądeckiem, tak po wsiach, jak i w samym mieście – pisał „Głos Narodu” w październiku 1918 r. – Dzieci i młodzież dorastającą dziesiątkuje menigitis i czerwonka, młodzież i starszych – czerwonka i hiszpanka. (…) W Klęczanach pod Nowym Sączem wójtowi Gniewkowi w ciągu kilku dni zmarło pięcioro dzieci – relacjonował korespondent z Nowego Sącza. Starano się żyć normalnie, szukając wyjścia z sytuacji. W gazetach ukazujących się w Krakowie pojawiły się poradniki jak szyć i jak nosić maseczki. Społeczeństwo myślało, że postępująca choroba przejdzie, a zamknięcie szkół wystarczy.

Sytuacja była o tyle skomplikowana, że w momencie kiedy szalała hiszpanka, Polska odzyskiwała niepodległość. Panował wielki chaos, nie było mowy o rozstrzygnięciach administracyjnych na szczeblu rządowym. O zamknięciu szkół miał zdecydować samorząd. Stało się to na początku października 1918 r. Zamknięto szkoły i kina. Wyjątek uczyniono tylko dla kina wojskowego, wychodząc z zapatrywania, że osoby wojskowe i ich rodziny nie posiadają tej inkinacyi co cywilni do zasłabnięcia i nie roznoszą bakcyli – pisał korespondent „Głosu Narodu”. Taka sytuacja „zamrożenia” życia publicznego trwała niemal do końca 1919 r. Sądeczanie próbowali sprawdzonej metody, a więc po fali epidemii otwarli szkoły. Okazało się to wielkim błędem. We wrześniu 1919 r. znowu zaczęła szaleć hiszpanka. Od 23 września do 13 października 1919 r. zdecydowano się zamknąć placówki, jednak bezskutecznie. Sytuacja powtórzyła się w listopadzie tego samego roku, a do tego dołączyła czerwonka. Tak naprawdę choroby te same powoli się wygasiły.

Obecna epidemia minie, tak jak wszystkie wcześniejsze. To od nas zależy na ile wypracujemy skuteczny i rozsądny sposób życia z koronawirusem. Dla naszego – wydawało się – niezniszczalnego świata jest to nie lada wyzwanie. Mimo wszystko historia uczy, że prędzej czy później poradzimy sobie z tym problemem. (dr Łukasz Połomski)







Dziękujemy za przesłanie błędu