Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 21 stycznia. Imieniny: Agnieszki, Jarosława, Nory
27/12/2020 - 13:25

W drodze po Koronę Ziemi - Zygmunt Berdychowski i Denali

"W drodze po Koronę Ziemi" to najnowsza książka Zygmunta Berdychowskiego - oparta o czynione na gorąco zapiski relacja z wypraw na najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Prezentujemy jej fragmenty. Dziś o szczycie Denali, zwanym niegdyś McKinley. To był rok 2010...


(...)McKinley - jaka to góra?

- W przypadku McKinleya różnica wysokości między szczytem a punktem, z którego zaczyna się wędrówka jest największa ze wszystkich gór wchodzących w skład Korony ZiemiNa lodowcu McKinley lądujesz małym samolotem na wysokości ok. 2000 metrów, a idziesz na wysokość 6200 metrów. W przypadku Aconcaguy zaczynasz na 2900 m., góra ma 6900 metrów, czyli różnica jest nieco mniejsza. Na Alasce od razu wędrujesz po lodowcu, najpierw w rakietach śnieżnych, bo śnieg w niższych partiach jest bardzo mokry i w rachach człowiek by w nim tonął. Dopiero powyżej 3 tysięcy metrów, gdy śnieg staje się twardszy, bardziej zmrożony, zakłada się raki.

W przypadku innych gór nie zakładasz rakiet śnieżnych, a tylko raki i tylko na lodowcu. Na Mount Evereście śnieg pojawia się dopiero powyżej 6,5 tys. metrów, wcześniej idzie się w butach trekkingowych. Na Mount Vinson co prawda jesteś w rakach, ale lądujesz na lodowcu na 2200 metrów, wspinasz się na 4800.

Mniejsza o buchalterię...
- Temperatura jest wysoka i śnieg staje się jak piasek na plaży. Przebieram nogami, ale jest mokry i miękki, więc lepi się strasznie, więc na takiej nawierzchni rakiety lepiej stabilizują pozycję niż raki. Dla mnie to novum, podobnie jak plastikowe sanie przyczepione do pleców, bo cały dobytek muszę sam wtargać na 4000 metrów. Jedzenie i wyposażenie dzieli się między wszystkich członków ekspedycji, bo w tym parku narodowym nie korzysta się z pomocy innych. Zupełnie nową rzeczą jest również, że z powodów bezpieczeństwa - chodzi o liczne szczeliny - cały czas jestem spięty liną w czteroosobowym zespole. Na Kilimandżaro i Elbrusie nie było takiej potrzeby, ale tutaj idziemy w grupie. Odległość między nami wynosi wynosi od 15 do 20 metrów, pierwszy raz korzystałem też z lin poręczowych, które pojawiły się na wysokości 4800 metrów. Jakoś się wpinałem i wypinałem, ale nie wiedziałem jak się poruszać, robiłem wszystko nieporadnie i traciłem mnóstwo energii. To się musiało źle skończyć...

Przewodnik spełnił swoją rolę?
- To była wyprawa partnerska, w której każdy troszczył się o siebie. Drugi raz nie zdecydowałbym się na taką formułę, bo gdy zaczyna się dziać coś złego, nie ma kto się tobą zająć. Wtedy nie wiedziałem jak duże jest ryzyko i to, co się później wydarzyło, było moją winą. Dziś wiem, że takie wyprawy to rzecz dla bardzo doświadczonych alpinistów. Dopiero po wielu wyprawach, po całych miesiącach spędzonych w górach można sobie na coś takiego pozwolić.

Kto był szefem wyprawy?
- Wojtek; mniejsza o nazwisko. Znalazłem jego ogłoszenie w czasopiśmie "Góry", że organizuje profesjonalne wyprawy w wysokie góry. Sęk w tym, że przewodnikom z innych krajów nie wolno prowadzić ludzi na szczyt McKinleya, bo zorganizowane wejścia muszą korzystać z koncesjonowanych biur turystyki wysokogórskiej, który nadał im jeszcze William McKinley. Można wejść na szczyt samodzielnie lub z kolegą, ale nie można mieć innego przewodnika niż amerykański. Wojtek był tam kolejny raz. Razem z nami szły trzy dziewczyny, więc nazwaliśmy się wyprawą kobiecą, a nasza rola w tej wyprawie polegała na noszeniu bagażu, co zresztą było zgodne z prawdą...

Po co taki szyld?
- Chodziło o to, żeby nie stanowić wyprawy komercyjnej . Firmy z przewodnikami mają monopol, co oznacza wysokie ceny, a my chcieliśmy oszczędzić. Szyld wyprawy kobiecej nie miał dla mnie znaczenia, niebezpieczne okazało się dopiero to, że gdy miałem problem to radziłem sobie, albo nie radziłem, zupełnie sam. 

Z czym był problem?
- Byłem już wcześniej na Aconcaqui, która ma prawie 7000 metrów wysokości, więc McKinley ze swoimi 6195 metrów nie będzie stanowił problemu. Dość szybko doszliśmy do obozu na 4400 metrów, tempo marszu było szybkie. Bardzo dobrze czułem się również przed podejściem aklimatyzacyjnym na 5200 metrów, ale w trakcie samej drogi - i to zupełnie niezrozumiałe - kompletnie mi nie szło. Ciągle coś uciskało, było zbyt gorąco. W połowie podejścia zdejmowałem nawet z siebie odzież termoaktywną, bo myślałem, ze w tym tkwi problem. Niestety, to nie pomogło, i czułem się coraz gorzej (...)

Jak się to skończyło? Przeczytasz w książce: "W drodze po Koronę Ziemi" Zygmunta Berdychowskiego







Dziękujemy za przesłanie błędu