Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 13 sierpnia. Imieniny: Elwiry, Hipolita, Radosławy
15/05/2020 - 18:45

Nim został Janem Pawłem II... Karola Wojtyły związki z Sądecczyzną [ZDJĘCIA]

18 maja przypada setna rocznica urodzin św. Jana Pawła II, człowieka, który zmienił bieg historii świata. Przy tej okazji warto przypomnieć jego związki z Sądecczyzną, gdzie bywał zanim został papieżem.

W październiku minęło wszak 40 lat od dnia wyboru na Stolicę Piotrową naszego rodaka – „Karola Kardynała Świętego Rzymskiego Kościoła Wojtyły” – jak zgodnie z obyczajem, wkrótce po wyborze, przedstawił nowego następcę św. Piotra kardynał protodiakon Pericle Felici (mówił rzecz jasna po łacinie).

I oczywiście nie będziemy w tym miejscu rozpisywać się nad pamiętnym dniem 16 października 1978 r., ale – w ramach symbolicznego zwrócenia uwagi na rzeczoną rocznicę – przypomnijmy może te momenty w życiu Karola Wojtyły, które łączyły go z ziemią sądecką. A trochę ich było…

Powtórka z geografii

Wypadnie chyba zacząć od słynnej – pamiętanej pewnie przez wielu Sądeczan – „powtórki z geografii” i przywołać słowa samego papieża, który 16 czerwca 1999 r., na zakończenie uroczystości kanonizacji naszej Sądeckiej Pani św. Kingi, odbywającej się tego dnia na starosądeckich błoniach, tak mówił:

„A teraz jeszcze powtórka z geografii. Jesteśmy tu, w Starym Sączu. Stąd wyruszamy ku Dzwonkówce, Wielkiej Radziejowej i na Prehybę, dochodzimy do Wielkiej Raczy [chodzi o Wielki Rogacz]. Wracamy na Prehybę, schodzimy albo zjeżdżamy na nartach, [trochę jakby w zamyśleniu, a może dla podkreślenia papież powtarza] na nartach… z Prehyby do Szlachtowej i do Krościenka. W Krościenku, na Kopiej Górce jest centrum oazy. W Krościenku przekraczamy Dunajec, który płynie razem z Popradem, z Popradem [znowu powtórzenie, jakby dla podkreślenia albo upewnienia się] w kierunku Sącza Nowego i Starego i jesteśmy w Sączu z powrotem.” I po burzy oklasków oraz przyśpiewce któregoś z zespołów regionalnych: „A kiedy na Dunajcu jest wysoka woda, to można w pięć – sześć godzin przepłynąć od Nowego Targu do Nowego Sącza. To tyle tej powtórki z geografii.”

Jak zawsze w takich momentach papieskich przemówień, słowa te wzbudziły entuzjazm zgromadzonych na starosądeckich błoniach ludzi – zaskoczonych i wzruszonych tym, jak ów wielki człowiek dobrze znał tę ich małą ojczyznę. Choć co prawda pomylił się Ojciec Święty w jednym miejscu; miał wszak chyba na myśli Wielki Rogacz, gdy mówił o Wielkiej Raczy – innej górze, leżącej w Beskidzie Żywieckim (gdzie też pewnie za młodu wędrował). Tym drobiazgiem nie muszą się jednak wierni Kościoła rzymskokatolickiego zanadto przejmować; dogmat o nieomylności papieża odnosi się wszak ponoć tylko do spraw wiary i nauczania ex cathedra.

Tak czy inaczej starosądecka papieska „powtórka” dowodzi tego, że – jeszcze za młodych lat – Karol Wojtyła dobrze poznał ziemię sądecką. Bywał tu bowiem wielokrotnie i porządnie schodził nasze góry. Jedną z pierwszych takich jego wypraw w Beskid Sądecki wspominał później ks. Maliński („Wezwano mnie z dalekiego kraju”, Wrocław 1988). I Pisał o wspólnym wyjściu na Przehybę. Przytoczmy zatem jego słowa (był rok 1949):

Gadaliśmy, milczeliśmy, modliliśmy się

„Kiedyś wpadłem do niego do św. Floriana [w Krakowie; tam Wojtyła był wówczas wikarym], powiedział mi: - Rzadko się spotykamy. (…) Może byśmy się gdzieś razem wybrali w góry.” I poszli. Jak wspominał Maliński, „pierwszym punktem dojścia była Prehyba. Trafiliśmy na piękną pogodę jesienną. Lasy całe w cudownych kolorach. Najpierw pchaliśmy się ostro w górę w pocie czoła. Potem już było łatwiej. Gadaliśmy, milczeliśmy, modliliśmy się. (…) Potem samo schronisko, prawie puste. Ale było jeszcze słońce dość wysoko. Za wczas na nocleg. Poszliśmy więc dalej. Jednak szybko zrobiło się już późne popołudnie, trzeba było szukać noclegu. Natrafiliśmy na drogowskaz na rozstajnych drogach, nie bardzo się orientując co nazwa oznacza: szczyt góry czy też wieś. Wybraliśmy cel, który można było osiągnąć w krótszym czasie.”

„Po jakiejś godzinie” – pisze dalej Maliński – „gdy droga coraz wyraźniej poczęła się wspinać w górę, doszliśmy do smutnego wniosku, że to nie do wsi idziemy, ale na kolejny szczyt. Jedyne wyjście, wracać tą samą drogą. Na rozstajnych drogach, na których byliśmy przed paroma godzinami, zastał nas już zmrok. Teraz trzeba by jak najszybciej w dół, ale to wcale nie było takie proste. Nie znaliśmy terenu. W lesie panowała ciemność. Baliśmy się wciąż, że zejdziemy ze szlaku i nigdzie nie trafimy. Na nocleg w lesie nie byliśmy zupełnie przygotowani. Przecież to jesień i noce zimne. I gdyśmy tak zdesperowani szli od drzewa do drzewa, wypatrując znaków turystycznych, nagle z daleka zaczęły dolatywać nas jakieś głosy. W kilka minut, zupełnie niespodziewanie las zaroił się ludźmi.”

Dwaj niefortunni turyści mieli szczęście. Była to grupa miejscowych kobiet, które wracając z grzybobrania zgubiły kogoś w lesie, zatem wróciły, aby go odnaleźć i teraz schodziły już z odnalezioną towarzyszką do domów. „Uratowały nas” – stwierdza Maliński – „Byliśmy potwornie zmęczeni, zziębnięci, głodni, obtłuczeni. Na ostatnich nogach zeszliśmy do wsi. Chcieliśmy przenocować na plebanii. Znaleźliśmy ją”. Miejscowy proboszcz nie był jednak zachwycony niespodziewaną wieczorną wizytą i wręcz oburzony tak nierozsądnym postępowaniem swoich gości. „To wstyd, żeby ksiądz z diecezji krakowskiej włóczył się po nocach bez sutanny. Ja z tego nie będę wyciągał konsekwencji, ale miejsca u mnie na plebanii dla takich jak wy nie ma.” Wojtyła z Malińskim musieli tę noc spędzić w magazynie probostwa.

Ta nocna, niezbyt przyjemna przygoda nie zraziła jednak przyszłego papieża do Przehyby i Sądecczyzny. Wręcz przeciwnie – tutejsze góry chyba stały się dla niego po tym doświadczeniu pewnym wyzwaniem. W sierpniu 1954 r. z grupą przyjaciół przeszedł z Krościenka przez Dzwonkówkę, Przehybę, Radziejową, Wielki Rogacz do Piwnicznej i dalej przez Łomnicę, Halę Łabowską, Runek, Jaworzynę do Krynicy. W marcu 1955 r. przejechał na nartach z Czorsztyna, przez Przehybę, do Rytra (zresztą w czasie tej wycieczki znowu grupa zgubiła szlak i nocowała w szałasie pasterskim). Później jeszcze wielokrotnie – w latach 50., 60., 70. Karol Wojtyła bywał na Przehybie, a także w innych częściach Sądecczyzny, m.in. w Krynicy, gdzie niejeden raz schodził z gór, z różnych kierunków – od Jaworzyny, Hańczowej, a nawet Ptaszkowej.

Msze na szczytach gór


Przemierzał okoliczne szlaki pieszo i na nartach, odprawiał msze na szczytach gór i w miejscowych kościołach – kilkakrotnie np. w latach 50. w krynickim kościele „zdrojowym”. W połowie lat 50. wziął natomiast udział w Międzynarodowym Spływie Kajakowym na Dunajcu w Pieninach – przedziurawiając niezbyt dobrej jakości kajak na ostrych kamieniach i ledwie dopływając na tonącym sprzęcie do mety; podobno nie zamókł tylko brewiarz. Poznał okolicę tak dobrze, że po latach jeszcze pamiętał ją (niemal) bezbłędnie. Dziś ścieżki górskie, którymi wędrował młody ksiądz Wojtyła, oznakowano częściowo jako Szlak Papieski.

Jednak nie tylko do górskich wycieczek ograniczały się związki Karola Wojtyły z ziemią sądecką. Już jako biskup pomocniczy, a potem arcybiskup krakowski parokrotnie odwiedzał nasz region w związku z pełnionym przez siebie urzędem. I tak np. w 1963 r., w kwietniu, był w Podegrodziu. W tutejszym kościele udzielił ślubu, a później uczestniczył w weselu młodych małżonków w Gostwicy; warto wspomnieć, że dom, w którym odbywała się uroczystość dziś znajduje się Sądeckim Parku Etnograficznym (Nr 2 Chałupa kmieca z Gostwicy).

Niedługo później biskup Wojtyła odwiedził Sądecczyznę w związku z uroczystą koronacją łaskami słynącego obrazu Matki Boskiej Pocieszenia z nowosądeckiego kościoła jezuitów. Obraz ten czczony jest od niepamiętnych w zasadzie czasów. Istniejący obecnie wizerunek Matki Bożej powstał w XVI w., ale już wcześniej – może nawet od początku XV w. – jakiś obraz „Najświętszej Panny Maryi Pocieszenia” znajdował się w sądeckim kościele norbertanów (dziś jezuickim) i otoczony był kultem.

Starania o koronację obrazu prowadzone były od lat międzywojennych, natomiast rozpędu nabrały po drugiej wojnie światowej, kiedy to w sądeckim klasztorze przebywali jezuiccy klerycy ewakuowani z Krakowa. W 1940 r. rektor kolegium o. Józef Balcarek ślubował dołożyć wszelkich starań, by uroczyście koronować obraz, jak obiecał Matce Bożej, jeśli „zachowasz nam ten kościół i dom, i mnie biednego, i nas wszystkich tu mieszkających i to wszystko co posiadamy do utrzymania”. I tak się też stało – jezuici zgromadzeni w Nowym Sączu przetrwali okupację hitlerowską w istocie bez szwanku; nie ucierpiały poważniej nawet klasztorne zabudowania.

Ostatecznie koronacja obrazu doszła do skutku 11 sierpnia 1963 r. Uroczystość odbyła się w Zawadzie (wówczas jeszcze podsądeckiej wsi) i zgromadziła tłumy – nawet ok. 300 tys. osób (więcej na temat tych wydarzeń oraz samego obrazu w książce J.M. Bulzaka „Uczczona po królewsku” z 2013 r.). Biskup Wojtyła asystował wówczas obok kilkunastu innych biskupów we mszy św. odprawianej przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Kilka miesięcy później, z początkiem 1964 r. mianowany został arcybiskupem metropolitą krakowskim i późniejsze „służbowe” wizyty na Sądecczyźnie odbywał już w tym charakterze.







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)