Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 26 maja. Imieniny: Eweliny, Jana, Pawła
przewiń w dół
14/02/2018 - 08:25

Dobra książka. Sądeczanin poleca „Słuch absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem (3)

„Słuch absolutny” pomaga zrozumieć, skąd biorą się ludzie wyjątkowi, jak wielkiej pracy i pasji wymaga zrealizowanie marzeń. W rozmowie z wydawcą i przyjacielem Jerzym Illgiem profesor Szczeklik opowiada o swoim dzieciństwie, domu, mistrzach i najważniejszych lekturach, etapach kariery i przygodach na zagranicznych stażach. Snuje opowieść o zaangażowaniu w Solidarność i represjach w stanie wojennym, spotkaniach z Papieżem, wyprawach w ukochane góry.

(…) Myślę, że jeśli chodzi o wychowanie, oddziaływanie domu, to czym się w nim nasiąka, ważną rolę pełni także domowa biblioteka. To jest coś, co także jakoś nas naznacza – to, co czytamy, też stanowi o tym, kim jesteśmy. Powiedz mi, jaki księgozbiór był w twoim domu?

Przede wszystkim książek było strasznie dużo. Ściany były wypełnione książkami, ułożonymi w określonym porządku. Były tam także książki niemieckie, mojego ojca, dotyczące głównie medycyny. Ojciec miał uraz wobec Niemców – choć po niemiecku mówił tak jak po polsku, bo przecież gimnazjum kończył w Wiedniu, to był schyłek Galicji. Po wojnie nigdy w życiu nie powiedział ani słowa po niemiecku. Tak nie cierpiał Niemców – czego ja już nie mam w sobie zupełni. Po kampanii wrześniowej był w obozie jenieckim przeszło trzy miesiące, wiedział, co to Niemcy. Ale czytał i uwielbiał Goethego. (…)
Ale w ogóle do książek bardzo mnie ciągnęło. Więc po prostu założyłem sobie własną bibliotekę.
Kiedy?
Musiałem mieć dziesięć, dwanaście lat, więcej na pewno nie. (…) To były książki, które lubiłem, które przeczytałem. Sam je oprawiałem w obwoluty z takiego szarego papieru, numerowałem na okładce i prowadziłem swój katalog. Było tego paręset. Jak na mnie to było dużo. Jeszcze o wiele później, kiedy już byłem na studiach, strasznie ich pilnowałem, zależało mi  na tym. (…)

A powiedz, jacy byli twoi najważniejsi pisarze – od początku?

Wiesz, bez cudów. Podejrzewam, że byli to ci sami autorzy, których ty czytałeś w tym czasie: czy James Fenimore Cooper, czy Jules Verne, o którym opowiedziałeś, czy Aleksander Dumas – czytałem go wtedy po francusku – wszystkie jego powieści, od Trzech muszkieterów przez wiele, wiele innych…

Po francusku…
No, to kwestia wykształcenia. (…)

(…) À propos tego, co mówisz, myślę, że mój pociąg do literatury był silny od wczesnej młodości, chociaż wtedy nie myślałem jeszcze, że sam mógłbym coś pisać. Po części dzięki tobie, ale jeszcze wcześniej w wydaniach samizdatowych przeczytałem paręnaście wierszy Brodskiego. Potem zacząłem jeździć na Zachód. Te wiersze wychodziły też po angielsku, nie było dla mnie problemem, żeby przeczytać je w tym języku. Chodziłem więc po rożnych księgarniach i myślałem sobie: Boże, może on coś nowego wydał?! Rozumiesz – jechałem tam także po to! Był taki czas, że zachwyciłem się Robertem Calasso. Kiedyś miałem jakieś zajęcia w Johns Hopkins University w Baltimore i przed kolacją poleciałem do portu, bo powiedziano mi, że tam jest najlepsza księgarnia – między nami mówiąc, wcale nie taka dobra, raczej taka portowa księgarnia – i pytałem jak głupi, czy jest coś Roberto Calasso, a oni w ogóle nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi! (…)
Podobnie polowałem na płyty Arturo Benedetti Michelangelego, wielkiego pianisty, którego grą zachwyciłem się dawno temu, jak byłem w szkole muzycznej. (…) Ale książki i muzyka – zawsze jeżdżąc po świecie pamiętałem, żeby tego szukać.

Nad nami wisi na ścianie oprawiony królewski prezent od Seamusa Heaneya, czyli autograf wiersza Święty Kevin i kos, pięknie przez niego wykaligrafowany. Ale nie wisi tutaj przypadkiem.

Warto opowiedzieć tę historię, bo jest dosyć niezwykła. Ale trzeba się cofnąć do czasu, kiedy poznałem twórczość Seamusa Heaneya – jeszcze nie jako poety, ale najpierw jako pisarza. Byłem w Londynie na jakimś sympozjum. To były pierwsze lata, kiedy tu niby komuna już padła, ale w naszych księgarniach nie można było kupić zagranicznych nowości, to wszystko nie było natychmiast tłumaczone i publikowane – jak ty to na przykład robisz w tej chwili z kolegami. To trwało. Więc ja wtedy cały wieczór biegałem po księgarniach na Tottenham Court Road, jedna za drugą i kupowałem, co się dało… (…)
Na drugi dzień miałem samolot powrotny, wziąłem coś do ręki, kupiłem i wrzuciłem do torby podróżnej. Zapomniałem o tym i otworzyłem nazajutrz, w samolocie. To była mowa noblowska Heaneya – o którym w swojej ignorancji nie wiedziałem nic. Ty go już znałeś, był u ciebie w Krakowie, a mnie w ogóle to nazwisko było obce. To była maleńka książeczka, wszystkiego z piętnaście stron: Crediting Poetry – Zawierzyć poezji. I to mnie po prostu zachwyciło.(…)

Jakieś dwa czy trzy miesiące po tym, jak oszalałem na punkcie tego Crediting Poetry, byłem tutaj u znajomego rzeźbiarza, Michała Gąsienicy Szostaka.(…) Odwiedziłem go w jakiś weekend, patrzę i widzę odlaną z brązu (…) figurkę bardzo zastanawiającą i ciekawą: klęcząca postać trzymająca w rozłożonych dłoniach gniazdo z pisklętami. Coś mi błysnęło w głowie. Pomyślałem sobie: to musi być święty Kevin z z wiersza Heaneya! Miałem to świeżo w pamięci, bo święty Kevin, jak ci wiadomo, jest wspomniany w tej mowie noblowskiej. Pytam tego znajomego górala: „Przepraszam pana, co to jest, skąd się tutaj wzięło?”. A on mówi: „Wie pan co, śmieszna historia! Jechałem autem – miał takiego małego fiacika – idzie audycja przez radio i opowiadają o poecie – to był chyba Anglik czy Niemiec – historię, która bardzo mi się spodobała, o takim świętym, nie pamiętam jego imienia, który rozpostarł ręce, i kos przyleciał, i złożył mu tam jajka. To mi utkwiło w głowie i pomyślałem sobie, że to wyrzeźbię!”

Byliśmy z Seamusem w Glendalough, niedaleko jego domku w Wicklow, gdzie oglądaliśmy pustelnię świętego Kevina i tę wąziutką wieżę, przez której okna on – modląc się - wystawiał ramiona, a potem trzymał te ręce rozłożone, dopóki nie wykluły się pisklęta.


Słuch  absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem, wyd. Znak, Kraków 2014
Cytowane fragmenty pochodzą z rozdziału „Do książek bardzo mnie ciągnęło”