Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 3 lutego. Imieniny: Błażeja, Joanny, Telimeny
13/05/2022 - 19:00

"O wystawie „Łemkowie” postaram się opowiedzieć coś nowego"

Pośrodku synagogi stał wóz maziarski z Łosia koło Gorlic.

Fragment z rozdziału Wystawa „Łemkowie Лемкы”

Wystawę „Łemkowie” (1984) wspominałem już parokrotnie, między innymi w dwóch książkach. Nie pamiętam tamtych tekstów, nie mam siły do nich wracać. Brakuje Basi, która mnie strzegła.
– O tym przecież pisałeś.
– E, kto by zauważył.
– Są tacy.
Kończyłem stroniczkę. Gdy drukarka zaszumiała, Basia podnosiła głowę.
– Coś dla mnie?
Jej stół przytykał do mojego. Rzucałem kartkę, falowała w powietrzu, Basia wyciągała ręce. Dopiero za trzecim, czwartym razem oddawała bez poprawki. A gdy mówiłem, że jej uwaga jest nietrafna, ustępowała bez zbędnych słów. Dobrze miałem.

O wystawie „Łemkowie” postaram się opowiedzieć coś nowego, choć mogą zdarzyć się powtórki. Jestem staruszkiem, staruszkom wolno mówić w kółko jedno i to samo. W jadłodajni, do której chodziliśmy, przesiadywał dziadek, który informował nas co najmniej kilkadziesiąt razy, że pochodzi z Sosnowca, piętro nad nimi mieszkał Janek Kiepura, kopali szmaciankę na podwórku, Janek był fajnym kolegą, ale cóż, wyjechał w szeroki świat i jak kamień w wodę. Pytał, co jemy, i niezależnie od odpowiedzi komentował: ha, państwu wolno, jesteście młodzi! Miał rację, dopiero zbliżaliśmy się do sześćdziesiątki. Gdy dziadek zniknął, bardzo nam go brakowało. Łudziliśmy się, że pewnie wrócił do Sosnowca i tam sobie w spokoju żyje u rodziny.

Wystawę „Łemkowie” wymyślił ówczesny dyrektor muzeum w Nowym Sączu, Andrzej B. Krupiński. Przejął dla muzeum sądecką synagogę, spowodował usunięcie z niej jakiegoś magazynu, nasza wystawa była pierwsza po generalnym remoncie budynku. Planował także prezentację kultury Niemców i Żydów sądeckich. Na początku lat osiemdziesiątych był to śmiały plan, jedność moralno-polityczna społeczeństwa nie została jeszcze odwołana. (...)

Na wernisażu podszedł do mnie Jacek M. i pogratulował.
– Cóż za miła niespodzianka, pierwszy raz widzę wystawę etnograficzną bez kołowrotka!
– Powiedz to Basi, niechże się ucieszy. To jej zasługa. Dziewczyny ustawiły na honorowym miejscu, a ona zabrała i schowała. Powiedziała, że po jej trupie. Każda wystawa etnograficzna obowiązkowo musi mieć kołowrotek, trzeba czy nie trzeba, bo to klejnot, logo tradycyjnej kultury ludowej. Ta nie będzie miała.
– A powinna. To przecie symbol, znak rozpoznawczy, nie jakieś tam narzędzie pracy, jedno z wielu. Już nasza pramatka Rzepicha miała kołowrotek. (...)

Pośrodku synagogi stał wóz maziarski z Łosia koło Gorlic. Obwieszony wiadrami, zestawiony z mapą wędrówek, robił wrażenie. Tamtejsi gazdowie handlowali dziegciem i mazią własnej produkcji. Przemierzali tysiące kilometrów w głąb Rosji, na Litwę, Łotwę, do Niemiec, na Morawy, Wielką Nizinę Węgierską, Siedmiogród. Wyjeżdżali wiosną, wracali późną jesienią. Wszystkie prace rolne spadały na kobiety.







Dziękujemy za przesłanie błędu