Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Poniedziałek, 13 lipca. Imieniny: Danieli, Irwina, Małgorzaty
27/05/2018 - 10:15

To już koniec romskiego osiedla w Maszkowicach? Osada do egzekucji [ZDJĘCIA]

Co sprawia, że większość z dwustu mieszkańców romskiej osady w Maszkowicach od dziesięcioleci wegetuje w tak fatalnych warunkach? Mają „domy” sklecone z byle czego, zamiast sanitariatów wychodki, ciepłą wodę grzaną w garnku na piecu… O tym, jak wygląda ich osiedle znów głośno zrobiło się po śmierci dziecka, które spłonęło w pożarze byle jak skleconej budki. Co dzieje się tu teraz i czy przełomem stanie się wydany już nakaz wielkiej rozbiórki?

- Mówicie, że żyjcie w biedzie. Można się z tego wyrwać, ale trzeba się uczyć. Dzieci romskie chodzą do szkoły, ale edukacji nie kończą. A przecież mogą skończyć szkołę podstawową potem gimnazjum, mogą zdać maturę, pójść na studia. Inaczej się nie da. Tak chyba buduje się normalne życie? – pytamy Romów w Maszkowicach

- Nasze dzieci nie mają takiej szansy, nie mają równego startu – uważa Marcin Szczerba

Co zatem należałoby zmienić?
- Chodzi o to, żeby dziecko chciało się uczyć, a nie żeby płakało, że musi iść do szkoły. Tylko na terenie naszego osiedla dzieciaki czują się pewnie.

To może dobrym rozwiązaniem były klasy dla dzieci romskich. Były wśród znanych sobie rówieśników, a te które nie mówiły po polsku, mogły uczyć się własnym rytmem. Takie klasy tak naprawdę dawały możliwość wyrównania szans edukacyjnych.
- To wcale nie było dobre rozwiązanie. To był błąd. To było wykluczenie naszych dzieci.

To jakie jest dobre wyjście z tej sytuacji?
- Tu nie chodzi o uprzywilejowanie naszych dzieci. One nie powinny być traktowane ulgowo, bo  to nie jest żadna pomoc. Trzeba je rzucić od razu na głęboką wodę - mówi Marcin Szczerba.

Jak w praktyce sprawdza się rzucanie małych Romów na głęboką wodę?  Edukację kończą na etapie szkoły podstawowej. Zwyciężyła integracja na siłę i polityczna poprawność. Może więc błędem było zlikwidowanie klas romskich i piętnowanie szkół, między innymi na Sądecczyźnie, które przyjęły taki system nauczania? Z takim stwierdzeniem nie zgadza się Marcin Sośniak z biura Rzecznika Praw Obywatelskich 

- Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych powstawały klasy romskie, rzeczywiście było takie założenie.  Tyle tylko, że badania, jakie prowadziliśmy, pokazały, że klasy romskie szybko stały się swoją własną patologią i że przestały realizować własne obowiązki edukacyjne.

Tak naprawdę były tylko plastrem na sumienie:  dzieci przyjmowano do szkoły i to wówczas wystarczyło. Gorzej, że program nauczania nie był realizowany. Kluczem jest realizowanie nauki bez dyskryminacji - mówi Sośniak.

-  Jeżeli na początku szkolny program zakłada segregację dzieci ze względu na pochodzenie, to już oznacza ich dyskryminację, spycha dzieci na margines, wyklucza z życia szkoły zwłaszcza w sytuacji kiedy dzieci romskie mają problem z językiem polskim.

Ustawa o systemie oświaty przewiduje w takich sytuacjach dodatkowe rozwiązania.  Teraz te przepisy trochę się zmieniły. Są zajęcia wyrównawcze z określonych przedmiotów i zajęcia z intensywnej nauki języka polskiego. Pojawili się także asystenci edukacji romskiej.

Narzekacie na biedę, oczekujecie, od innych pomocy, ale nie pracujecie. Jest środek dnia, a ja widzę na waszym osiedlu młodych silnych mężczyzn, którzy nic nie robią tylko palą papierosy. Wasi sąsiedzi  ze wsi codziennie zapychają rano do roboty na osiem godzin, albo i więcej. Nikt im niczego nie daje. Sami na wszystko muszą zarobić…

- Ludzie myślą, że my nic nie robimy tylko czekamy na te zasrane, wypłacane co miesiąc, 150 złotych zasiłku - mówi mężczyzna z osady. - Nas, Romów nie chcą zatrudniać. A na budowie? Dają robotę na czarno. Nieraz żeśmy pracowali i potem nasz oszukali i  nam nie zapłacili.  Nie mówię, że tacy są wszyscy pracodawcy.  Może mamy pecha.  Chodzimy na różne kursy zawodowe. Dostajemy skierowanie do roboty z urzędu pracy i widzimy, że jesteśmy źle odbierani.

To znaczy, że Polacy są rasistami?- pytamy
- Jedna dziewczyna od nas skończyła gimnazjum i liceum. Chciała pracować jako fryzjerka, ale jej do pracy nie przyjęli. Wystarczy, że podała nazwisko Czureja. Zaraz usłyszała, że nie ma miejsca - mówi wójt osady Robert Szczerba.

- Próbowała pracować w sklepie w Zabrzeży, to ją szybko z roboty wylali, bo to Cyganka, a pracowała naprawdę solidnie. Biedna, musiała się pakować i wyjechać do Anglii. Tam sobie świetnie radzi, bo tam nie ma rasizmu. Nieważne czy ktoś jest Romem, Murzynem, czy Arabem. Wszystkich traktuje się jednakowo.

Zdaniem Marcina Sośniaka z biura Rzecznika Praw Obywatelskich w polskim społeczeństwie bardzo silny jest stereotyp i wyobrażenie o nienawykłych do pracy Romach,  tymczasem - jak twierdzi - na rynku pracy można znaleźć wiele pozytywnych przykładów.

- Trzeba mówić o problemie systemowym, a zamiast powtarzać stereotypowe historie o osobach, którym nie chce się podjąć pracy, co zdarza się w każdej społeczności, należy promować przykłady osób przedsiębiorczych, którym udało się wejść na rynek pracy i odnieść sukces.

Tak właśnie zwalcza się stereotypy. Jeśli zaś chodzi o przygotowanie do wejścia na rynek pracy, to faktem jest, że kłopoty ma starsze pokolenie Romów, które nie korzystało z systemu edukacji i nie ma żadnych kwalifikacji. To się zmienia w przypadku młodszego pokolenia.

Pytanie,  na ile efektywne są systemy nauki zawodów. Do tej pory stawiano głównie na szkolenie Romów za unijne dotacje. Efekt? W Maszkowicach i Florynce przeszkolono, wożono na zajęcia, a nawet karmiono trzydzieści kobiet. 

Urzędnicy gratulowali sobie sukcesu i terminowego rozliczenia unijnych funduszy. Tylko, że żadna z tych kobiet ostatecznie nie podjęła pracy. Wszystkie ukończyły kurs, ale tylko jedna była zainteresowana pracą. Ostatecznie jej nie podjęła, ponieważ liczyła na to, że pracodawca zapewni jej też transport do firmy.

- Rzeczywiście bywało tak, że te projekty nie były dostosowane do wymogów i warunków regionalnych - przyznaje Sośniak. -  Podczas wizyty w jednej z małopolskich osad rozmawiałem z Romami, którzy zwrócili nam uwagę na pewien absurd tego rodzaju programów.  Kilkanaście osób z jednego osiedla trafia na kurs przygotowawczy tego samego zawodu, na przykład operatora wózka widłowego czy brukarza. Potem okazuje się, że na okolicznym rynku pracy nie ma zapotrzebowania na aż tylu takich samych fachowców.

 Jak dodaje Sośniak, programy aktywizacyjne powinny uwzględniać warunki lokalnego rynku pracy i temu powinna też towarzyszyć edukacja dyskryminacyjna wśród potencjalnych pracodawców. Chodzi o budowanie w nich przekonania, że przy wyborze pracownika nie można się kierować jego pochodzeniem etnicznym, tylko kwalifikacjami.

Krzysztof Popiela, pełnomocnik prezydenta miasta do spraw społeczności romskiej też przyznaje, że często programy szkoleniowe nie są kompatybilne z potrzebami rynku pracy. To - jak zaznacza - należałoby zmienić.

- Co raz więcej firm potrzebuje pracowników specjalizujących się w danej dziedzinie. Najpierw należy zbadać  rynek pracy i robić szkolenia pod pracodawców, z którymi trzeba kooperować. Skoro niektórzy otwierają własne szkoły zawodowe, żeby mieć fachowców, to może przedsiębiorcy powinni otrzymywać pieniądze na szkolenia Romów, z gwarancją późniejszego ich zatrudnienia. Niekoniecznie trzeba iść na ilość. Niech to będą dwie cztery osoby, które ukończą kurs, a potem mogą pracować.

Co na to pracodawcy? Właściciel firmy budowlanej z gminy Łącko, który nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem,  do pracy Romów odnosi się sceptycznie.

- Prowadzę moją firmę od blisko trzydziestu lat. Ciągle potrzebuję robotników na budowie. Nigdy żaden Rom nawet nie przyszedł zapytać o pracę. Oni po prostu nie chcą pracować. Wolą dostawać zasiłki. A szkolenia? Trudno wyrokować na ten temat. Być może gdyby pracodawcy brali po jednym, dwóch pracowników spośród  Romów, pomysł mógłby się sprawdzić. Ważne, żeby zaczęli pracować i dawali przykład swoim dzieciom. 

Małopolskie samorządy w latach 2014-2016 wydały 4 mln zł na integrację Romów z  resztą społeczeństwa. Podnoszą się głosy, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Od dawna krytycznie na ten temat wypowiada się wójt gminy Łącko Jan Dziedzina.

- Program integracji romskiej ma to do siebie, że nie integruje społeczności romskiej. Bo jeśli ta społeczność ma się integrować, to nie sama ze sobą, ale z resztą społeczeństwa którego jest częścią. Od trzech lat walczę z poglądem, że gmina jest od tego, żeby wszystkim wszystko dać, w tym także Romom.

W ramach ustawy o pomocy społecznej samorząd realizuje obowiązek wobec całej społeczności gminy. Nie będę odkrywczy jeśli powiem , że bieda ma jeszcze spore rozmiary, ma też swoje ciemniejsze i jaśniejsze twarze i nie  wybiera karnacji. Oczywiście programy rządowe mają swoje plusy i z tym nie ma co dyskutować.

Jak podkreśla Dziedzina, w Maszkowicach większość ludzi wymaga współczucia, ale ich sytuacje się nie zmienia, bo od lat zamiast przysłowiowej wędki dostaję rybę.

-  To są miliony, które w  ciągu ostatnich lach przeszły przez tę osadę. I mówię tutaj o wsparciu socjalnym, takim jak rządowy program 500 plus, zasiłki okresowe, zasiłki celowe. Pytanie, gdzie są te pieniądze, co się z nimi stało? Taka polityka nie przybliża nas ani o krok  do rozwiązania problemu. 

Zdaniem wójta Łącka problemu Romów w Maszkowicach nie rozwiąże wyburzenie zdewastowanych domów w osadzie i postawienie w to miejsce jednego bloku.

- Pytanie czy trwanie tej ponad dwustuosobowej społeczności, śmiem twierdzić bardzo hermetycznej w swoim zamknięciu, to integracja? Ta społeczność sama ze sobą integrować się  nie musi. Ma integrować się z reszta społeczności.
Artykuł pochodzi z miesięcznika "Sądeczanin"

A.M, IM







Dziękujemy za przesłanie błędu

Sądeczanin HISTORIA (2-2020)