Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 9 kwietnia. Imieniny: Mai, Marcelego, Wadima
15/01/2020 - 11:30

Z kim trzyma Ryszard Florek? Są tacy, co mówią, że "nawrócił się" na PiS

To on kilka lat temu namawiał Mateusza Morawieckiego, wtedy jeszcze wicepremiera, na estoński CIT, o którym teraz zrobiło się głośno. Niedawno znalazł się w gronie największych polskich przedsiębiorców, których premier zaprosił do dyskusji na temat gospodarczej strategii kraju. Złośliwcy mówią o nim, że wcześniej trzymał z PO, teraz nawrócił się na PiS. On sam powtarza, że gotów jest rozmawiać z każdym politykiem, który zechce skorzystać z jego wiedzy i doświadczenia.

Z Ryszardem Florkiem, prezesem i właścicielem Fakro rozmawia Jagienka Michalik

Jest pan orędownikiem tak zwanego estońskiego CIT-u, czyli przesunięcia momentu zapłaty podatku na moment wypłaty zysku przez firmy. Jego wprowadzenie zapowiedział premier Mateusz Morawiecki. Nie wszyscy przedsiębiorcy podzielają pana entuzjazm. Roman Kluska twierdzi, że takie rozwiązanie sprzyja przede wszystkim dużym przedsiębiorcom.
-
Ależ wręcz przeciwnie, taki mechanizm sprzyja małym firmom, które działają w usługach i przetwórstwie. Żeby jednak taki podatek mógł funkcjonować, firma musi być spółką z ograniczoną odpowiedzialnością.

Tylko, że do tego potrzebny jest kapitał.
-
To prawda, ale minimalny kapitał to pięć tysięcy złotych. Można prowadzić spółkę samodzielnie lub mieć wspólników. Zyskać można bardzo wiele. Jeśli spółka inwestuje, nie musi płacić podatków.

To mechanizm, który zmusza do rozwoju? Mała firma zamienia się w średnią, a potem w dużą. Co z kolei nakręca gospodarkę.
-
W dużym uproszczeniu tak właśnie wygląda ten mechanizm. Jest jeszcze jeden ogromny plus takiego rozwiązania. Firmy, która nie musi płacić CIT, nie ma sensu kontrolować, bo przecież nie odprowadza podatków. To duże ułatwienie, zwłaszcza dla młodych przedsiębiorców, którzy często gubią się w przepisach podatkowych.

Firma bez kontroli skarbówki, to brzmi zbyt pięknie. Fiskus chyba musi jednak kontrolować, czy ktoś nie wyciąga pieniędzy ze spółki na konsumpcję.
-
Rzeczywiście, właściciel musi się liczyć z tym, że mogą go prześwietlić pięć lat wstecz. W obawie o taką kontrolę, nie wyciąga pieniędzy, tylko je inwestuje. To mechanizm niezwykle motywujący.  A w Polsce chodzi o rozwój rodzimych firm, które nie będą konsumowały zysku, tylko rozwijały polską gospodarkę.

 O tym właściciele największych polskich firm dyskutowali podczas spotkania w połowie grudnia z premierem Morawieckim? Należał pan do tych przedsiębiorców, którzy otrzymali zaproszenie do udziału w rozmowach. Roman Kluska powiedział z przekąsem, że to małe firmy są krwią i solą gospodarki, ale ich właściciele nie mają dostępu do premiera, w przeciwieństwie do szefów dużych, krajowych spółek. 
-
To nie było tak, że skoro nie było małych firm, to nikt o ich problemach nie rozmawiał. Dyskutowaliśmy o problemach wszystkich przedsiębiorców. I tych dużych i tych małych często dotykają te same kłopoty.

Spotkanie to jedno, pytanie jakie ono było. Biliście z politykami pianę, czy też rozmowy okazały się konstruktywne? 
-
To było bardzo dobre spotkanie, nie tylko z udziałem premiera, ale także ministra finansów i rozwoju. Najpierw miało charakter plenarny. Premier wygłosił przemówienie, potem wszyscy podzielili się na trzy grupy tematyczne. Jedna dyskutowała o podatkach, druga o kwestiach związanych z rozwojem gospodarki, trzecia o wykorzystywaniu funduszy unijnych. Sam premier również uczestniczył w spotkaniach grup roboczych.

Jak wyglądały spotkania z ministrami? To były mądrości wygłaszane ex cathedra, czy też zwyczajnie, można było z nimi podyskutować, wejść w polemikę.
-
Każdy mógł zabrać głos, przy czym to się czuło, że ministrowie naprawdę byli zainteresowani tym, co mieliśmy do powiedzenia. Ja sam byłem w grupie, która spotkała się z minister rozwoju Jadwigą Emilewicz. Jest naprawdę dobra w tym co robi i zna się na gospodarce. Wydaje się, że nowy minister finansów Tadeusz Kościński, z którym miałem okazję porozmawiać, też chce wiele zmienić na lepsze,

A z premierem też można było zwyczajnie pogadać? Była okazja do rozmów w kuluarach?
-
Po zakończeniu oficjalnych spotkań mieliśmy jeszcze wspólną kolację. Każdy mógł podejść do premiera, a i on sam przysiadał się do stolików.

Wydaje się, że wykazuje pan entuzjazm wobec rządu Mateusza Morawieckiego. W przeciwieństwie do Romana Kluski, uważa pan, że to w porównaniu z poprzednimi ekipami zupełnie nowa jakość w polityce gospodarczej kraju? 
-
Z Romanem Kluską zgadzam się w tym, że ten rząd więcej mówi niż robi. Tylko może ja mam więcej cierpliwości i nadziei.

Kluska powiedział, że dużo w tym marketingu politycznego. Pan również tak uważa?
-
Moim zdaniem trzeba zrozumieć, że nie da się wszystkiego zrobić od razu. Morawiecki musi też dbać o swoją pozycję w rządzie. Żeby dokonywać zmian, musi mieć realną władzę. A więc w pierwszej kolejności musi się koncentrować na tym, co mu tę władzę zapewnia.

Ma pan na myśli polityczne zaplecze, które powinno mu zapewnić komfort rządzenia i dokonywania realnych zmian dotyczących gospodarki?
-
Właśnie tak. Morawiecki jest doskonałym fachowcem, ale musi pilnować władzy, bo jako premier zajmuje się też wielką polityką. Ale nie mam wątpliwości co do tego, że bardzo dobrze rozumie gospodarkę i chce realnych zmian. Tylko, że sam tego nie zrobi. Potrzebuje politycznego zaplecza, które bywa oporne. Dlatego konieczny jest dobór odpowiednich ludzi. Premier daje światło, ale to oni muszą dokonywać zmian, a przedsiębiorcy z kolei muszą w tym wszystkim pomagać.

Na to spotkanie premier zaprosił stu największych polskich przedsiębiorców. Nie zapaliło się panu gdzieś z tyłu głowy światełko, że to może mieć związek z zaczynającą się kampanią prezydencką? Nie było w kuluarach głosów, że „zapraszają nas, żebyśmy sypnęli groszem na kampanię”?
-
Absolutnie nie. Jestem przekonany, że premier Morawiecki naprawdę chce zmian w polskiej gospodarce. Kiedy założyliśmy Fundację |”Pomyśl o Przyszłości”, jeszcze jako minister rozwoju był naszym gościem podczas spotkania zorganizowanego na Forum Ekonomicznym w Krynicy. Spotykaliśmy się też kilkakrotnie podczas poświęconego polskiej gospodarce Kongresu 590. Za każdym razem widać, że zależy mu na nowej, lepszej strategii gospodarczego rozwoju. To wszystko idzie jednak za wolno, ale najważniejsze, że posuwa się do przodu. 

Takich wielkich przedsiębiorców jak pan zawsze podejrzewa się o romans z rządzącymi. Złośliwcy mówią, że Florek nawrócił się na PiS.
-
Zawsze jestem przy tej opcji, która chce dobrze dla polskiej gospodarki i dla kraju. I tego się trzymam.

Swojego czasu trzymał pan z Platformą Obywatelską. Był pan doradcą ministra Janusza Piechocińskiego w rządzie Ewy Kopacz. 
-
To prawda, ale rozminęło się to z moimi wyobrażeniami o doradzaniu. W praktyce wyglądało to w ten sposób, że jechałem na spotkanie do Warszawy, Piechociński przemawiał przez godzinę, a potem głos zabierali profesorowie. Dla przedsiębiorców brakowało już czasu. Z tych spotkań, niewiele wynikało. Uczestniczyłem w nich dwa czy trzy razy, a potem ograniczałem się wyłącznie do wyrażania swoich opinii na dyskutowane tematy na piśmie.

Teraz w poczynaniach obecnej ekipy widzi pan sens? A może po prostu chodzi o to, że biznesem biznesmena jest jego własny biznes. Trzyma z tymi, którzy rozwojowi tego biznesu sprzyjają.
-
W tym stwierdzeniu poszła pani w zbyt duże uproszczenie. Przedsiębiorca patrzy głównie na swoją firmę wtedy, kiedy potrzebuje na chleb, na dom, na wczasy, ale kiedy już te potrzeby zaspokoi i rozwinie swój biznes, znaczenie mają też inne wartości.

Mówi pan o tym, że potem już tylko nie chodzi o zwykłe pomnażanie zysku? 
-
Przedsiębiorca oczywiście też pracuje dla efektu skali, bo im większa firma, tym efekt skali jest większy. Łatwiej prowadzi się biznes, gdy jest się bardziej konkurencyjnym. Ale to też praca na rzecz społeczeństwa. To jest pewna odpowiedzialność za ludzi, których się zatrudniło, za ich rozwój, za ich zadowolenie i za ich rodziny.

Im firma jest większa, tym większy jest ten drugi wektor rozwoju?
-
Tak. Tu chodzi o ludzi, którzy mi zaufali, ale też o firmy, które swój biznes związały z Fakro. To odpowiedzialność za cały łańcuszek ludzi. Trzeba wspierać tę partię, która temu sprzyja i dokonuje zmian na lepsze. Nie należę do PiS i nie zamierzam zapisywać się do żadnej partii. W sprawach dotyczących gospodarki tak samo rozmawiam z każdym politykiem, jeśli tylko chce skorzystać z mojej wiedzy i doświadczenia. Polityczna orientacja nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli narodowa reprezentacja gra mecz międzypaństwowy, zawodnicy nie myślą ile zarobią, tylko o tym, żeby wygrała Polska.   

[email protected]







Dziękujemy za przesłanie błędu