Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Wtorek, 21 maja. Imieniny: Jana, Moniki, Wiktora
12/01/2017 - 19:55

Gruźlica? W Nowym Sączu lekarze zgotowali mi piekło

Nie lubię się wywnętrzniać, ale w tym wypadku zrobię wyjątek. Dziś mój kolega opublikował materiał o kimś, kto jest chory na gruźlicę, ale nie chce się leczyć. Ja bardzo chciałam, ale w Nowym Sączu nie dano mi szansy. Zagrożona była cała moja rodzina. Ale od początku.

Kilka lat temu - moja starsza córeczka była wtedy malutka, syn chodził do podstawówki - zachorowałam. Na początku wyglądało to na zwykłe przeziębienie. Do lekarzy chodzić nie znoszę i jestem chyba najgorszym pacjentem na świecie i moja pani doktor (gorąco pozdrawiam pani Gabrysiu) wie, że stawiam się u niej tylko wtedy jak już dosłownie i w przenośni padam. I tak stało się tym razem. Mimo kolejnych antybiotyków – końskich tak, że już silniejszych nie było - mój stan się pogarszał a kaszel miałam taki, że ledwo mogłam funkcjonować.

Od wysiłku pękały mi krwinki i czasem po kaszlu miałam krew na chusteczce. Pani Gabrysia skierowała mnie na zdjęcie rentgenowskie płuc – nie kryła, że niepokoi ją ten kaszel wyjątkowo. Wynik – niewykluczone zmiany swoiste. Odebrałam zdjęcie z opisem i od razu, jeszcze przed ponowną wizytą u lekarza – zajrzałam do Internetu. Źle, bardzo źle – zmiany swoiste równa się gruźlica. Panika ogarnęła mnie totalna.

Pani Gabrysia ze mną nie dyskutowała – od razu skierowała mnie do poradni pulmonologicznej, bo tu trzeba było mądrzejszych od niej. Tak na marginesie -  to jeden z nielicznych lekarzy, który sam kieruje do specjalisty i umie się przyznać, że czegoś nie jest pewna. Bez proszenia się. Trafiłam do przychodni przy Śniadeckich. Tu miejsc brak, ale jak tylko recepcjonistki usłyszały w czym rzecz, zostałam przyjęta niemal z dnia na dzień. I z miejsca dostałam skierowanie na oddział do szpitala. Gruźlica i tyle.

Ze Śniadeckich na oddział szłam dwadzieścia minut. Długo, prawda? Długo, bo byłam już totalnie i absolutnie spanikowana. To było iście piekielne kilkaset metrów. Skierowanie było na cito, ale śp. pamięci ówczesna ordynator oddziału bez odwrócenia się od komputera, nie mówię już o zwykłym spojrzeniu na mnie po prostu mnie spławiła – nie ma miejsc, muszę sobie szpitala szukać sama. Zbaraniałam, w drodze do domu powyłam sobie równo. Bo nawet argument, że mam dzieci nie zmobilizował lekarza do udzielenia mi jakiejkolwiek rady: co ja mam do cholery zrobić?!

W domu zadzwoniłam do dyrektora szpitala w Krynicy. Był pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy. Wyjaśniłam w czym rzecz i poprosiłam o radę. Od razu podał mi spis szpitali, które przyjmują gruźlików i kazał się z miejsca skontaktować z sanepidem, bo trzeba sprawdzić, czy inni moi bliscy są zdrowi, czy przepadkiem ich nie zaraziłam. Pierwszy mi to zasugerował, reszta nie raczyła. Dzwonię do wskazanych szpitali – miejsc brak, nie ma szansy na przyjęcie na kilka miesięcy w przód.

Zadzwoniłam do sanepidu. Tam panie mi doradziły, żebym zgłosiła się do poradni gruźliczej na Berka Joselewicza, bo trzeba zrobić próby tuberkulinowe. Bezwzględnie, jako rozstrzygnięcie – zarażam czy nie. Moi bliscy już wiedzieli, że sprawa jest naprawdę poważna. Zadzwoniłam do wskazanej poradni – tam usłyszałam, że bez skierowania i zdjęcia, które zostało przy Śniadeckich ani rusz. Zadzwoniłam tam – jak pulmonolog usłyszała w czym rzecz, natychmiast mogłam odebrać wszystkie dokumenty. Trafiłam do poradni na Berka. Pierwsze co usłyszałam – na próby tuberkulinowe nie ma szans, dostałam za to koński antybiotyk i odesłano mnie do domu, bez rozstrzygnięcia – mam tę przeklętą gruźlicę czy nie? Zarażam, stanowię zagrożenie dla bliskich czy nie?

I tu do akcji wkroczyła moja nieoceniona teściowa związana ze służbą zdrowia przez całe życie. Zadzwoniła do swojej przyjaciółki – doktor Ani Węglarz z Zakopanego, którą w Zakopanym wielu nazywa krótko: Aniołem – a ta po wysłuchaniu całej historii natychmiast skontaktowała się ze swoją podopieczną, specjalistką ze Szpitala Specjalistycznego Chorób Płuc im. Sokołowskiego w Zakopanym. I dosłownie w ciągu jednego dnia umówiła mnie tam na konsultację.

Do szpitala, za dwa tygodnie - kazała mi przyjechać z nastawieniem, że pewnie czeka mnie hospitalizacja. Brak prób tuberkulinowych taktownie przemilczała. Jaka jest obsługa w Zakopanym? Tego się nie da opisać. Przyjechała rozhisteryzowana baba spłakana jak bóbr, która w rejestracji ledwo mogła sklecić kilka słów i z miejsca poczuła, że nikt jej nie spławi – w domu udawałam hardą, poza domem mogłam sobie pozwolić na upust emocji. I nie dlatego, że przyjechałam z polecenia, bo nigdzie się z tym nie wychylałam, tylko po prostu. Po ludzku.

Przyjęła mnie doktor Małgosia Rudy. Wypytała mnie o wszystko jak żaden z lekarzy wcześniej. O wszystko, od chwili gdy tylko zaczął się kaszel. Popatrzyła tylko przelotnie na zdjęcie płuc, które przywiozłam z Nowego Sącza. Wysłała mnie na kolejne. Tu zrobiono mi zdjęć kilka: ręka w górze, w dole, z boku, z przodu. Zdjęcia natychmiast trafiły do komputera pani doktor. Po raz drugi weszłam do jej gabinetu już jak skazaniec. I co usłyszałam?

Nie zapomnę tego do końca życia. Pani Małgosia od razu, już po pierwszych minutach wywiadu wiedziała, że o żadnej gruźlicy nie ma nawet cienia mowy. Czułam się jak pijana szczęściem idiotka. Ledwo wykrztusiłam pytanie: skąd wiedziała? Bo przy gruźlicy nie ma gorączki a ja miałam momentami bardzo, bardzo wysoką… Okazało się, że przeszłam wyjątkowo paskudne zapalenie płuc, które dawało obraz podobny do obrazu zmian swoistych. Dostałam odpowiednie leki i bardzo precyzyjne zalecenia. 

Tyle. I aż tyle. Cało to zamieszanie trwało w sumie kilka tygodni. Do lekarzy specjalistów w Nowym Sączu nie chodzę już wcale. Jestem wierna tylko mojemu lekarzowi rodzinnemu, wspomnianej pani Gabrysi.

I jeszcze jedno. Jestem z Kołobrzegu. W Nowym Sączu mieszkam zaledwie pięć lat i pół roku. Nigdy wcześniej nie byłam zmuszona tak często lądować u lekarza jak tu. Nigdy wcześniej nie miałam kaszlu, przeziębień o zapaleniu oskrzeli czy płuc już nie wspomnę. Moje drogi oddechowe to już piękna katastrofa… 

Ewa Stachura







Dziękujemy za przesłanie błędu