Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 15 grudnia. Imieniny: Celiny, Ireneusza, Niny
08/10/2018 - 12:45

Magdalena Czechoska: "Moje pokolorowane 7 Dolin"

Mniej więcej w kwietniu odezwał się do mnie Piotr z Festiwalu Biegowego. Zapytał, czy zdecyduję się pokolorować tegoroczny Bieg 7 Dolin w Krynicy. Niewiele myśląc, zgodziłam się przebiec 100 kilometrów. Potem jednak plany uległy weryfikacji.

Najpierw, wygrany w konkursie Riano Trail Run, 3-etapowy bieg po górach wysokich w Hiszpanii, pokazał mi, że technicznie jestem jeszcze w lesie. Potem okrutnie mnie sponiewierał Tatra Fest Bieg na 61 km z przewyższeniem prawie 4200 m.

Długo zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z Krynicy, by nie zaliczyć kolejnego DNF, w końcu jednak postanowiłam zamienić 100 na 64 km i choćby nie wiem co, dobiec do mety. Był plan, była wizja, było marzenie i… była ogromna determinacja, żeby dobiec do Krynicy na własnych nogach.

Start

O godzinie 4:00 wyruszyłam na start. Potrzebowałam pół godziny zapasu, bo nocleg miałam jakieś 2 kilometry od miejsca, z którego zawodnicy są wywożeni na start Biegu 7 Dolin-64 km. Przyodziana tradycyjnie w spódnicę tiulową i kwietny wianek, dziarskim krokiem ruszyłam ulicami Krynicy. Było rześko. Nikogo nie dziwił mój strój, w dniach Festiwalu Biegowego większość ludzi wygląda nienormalnie w kolorowych strojach i z przypiętymi dumnie numerami startowymi. Zresztą, kto normalny wstaje w sobotę przed 4:00, żeby chodzić po ulicach Krynicy?! Kto normalny jedzie cały dzień w góry, żeby przez cały kolejny biec, a jeszcze następny znowu spędzić w drodze powrotnej do domu?

Powtarzałam sobie w głowie: „uda się, muszę tu wrócić” Tutaj, czyli na metę, na własnych nogach, a nie zwieziona jak 2 lata temu autobusem z Wierchomli. „Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą, never give up, ku*wa!” - widniało na plecach mojej koszulki.

Przed punktem zbiórki minął mnie samochód. Kierowca zatrzymał się, przetarł oczy i przez chwilę miał minę, jakby chciał powiedzieć: „What the fuck?!” na widok dziewczyny w tiulu i wianku, która właśnie wyłoniła się z ciemności. Mówię do niego: „Fajną masz minę”, a on na to: „Sorry, chyba się jeszcze nie obudziłem”. Przetarł oczy, wysadził kumpla i odjechał.

Autokary wiozły nas do Rytra ponad godzinę. Nie miałam ani sekundy stresu, żadnej sraczki czy nerwów, bo przez całą drogę zagadywała mnie Ultramityczna. Sylwia biega od lat, szykuje się do pierwszej „150”. Działa niezawodnie jak maszyna, do tego z ogromną pasją. Gadałyśmy o jej biegach, o tym, gdzie zaliczyć pierwszą setkę. Ani się obejrzałam, a dotarłyśmy pod hotel "Perła Południa", skąd startuje bieg na 64 km.

Dwa lata temu grała tu góralska kapela, a zawodnicy byli puszczani falami. Teraz każdy co 5 sekund, wg nadanych wcześniej numerów startowych. Od godziny 8:00 dla każdego było 12 godzin limitu. Kto wystartował wcześniej - dostawał mały bonus.

Mimo zimna, atmosfera była gorąca. Kilka zdjęć, kilkanaście selfie w najlepszych ujęciach i czekanie, czy uda się ruszyć wcześniej niż o 7:15, jak wskazywał odległy numer. Pierwsi zawodnicy ruszali o 6:15. Ja wystartowałam o 6:40 mieszając się w tłumie z dziewczynami. Dzięki temu udało się zdobyć dodatkowy czas, który miał mi pomóc, gdyby odezwała się przeciążona ostatnimi startami noga.

Stanęłam na linii startu, sędzia odmierzył 5 sekund. „Powodzenia” - powiedział, a ja ruszyłam myśląc „musi się udać!”

W trasie

Pierwsze trzy kilometry ciągną się z Rytra asfaltową, a potem szutrową drogą. Od początku pod górę. Nogi nie podawały, tętno szalało, jakbym dopiero co wstała z  łóżka i była zmuszona do ucieczki. Byłam jak kij od szczotki, mijali mnie ultrasi z setki, postanowiłam jednak, że dopóki mogę, będę biec. Wolno, ale biec. A całe zawody poruszać się naprzód, bez zbędnych postojów. Bez przechodzenia do marszu pokonałam 3 kilometry, pamiętałam, że niebawem zacznie się podejście. Pierwsze i najbardziej żmudne ze wszystkich.

Na zakręcie przed lasem stał wolontariusz, krzyknął do mnie: „Można biegać ultra i jeszcze dobrze wyglądać!” Podziękowałam i zaczęłam wspinać się pod górę. Odcinek ten pamiętałam jako złowrogie i ciężkie szczyty, teraz przeżyłam miłe rozczarowanie. Ale naprawdę chodzi o tę górę??? Przecież było tu znacznie trudniej!

Pierwszy punkt żywieniowy był usytuowany na 9 kilometrze, przy schronisku na Hali Przehyba (1150 m n.p.m.), zaraz po kawałku "prostej" (w rzeczywistości trasa pnie się od startu cały czas pod górę), na której szybsi biegacze mijali nas już pędząc w przeciwnym kierunku. Miłe spojrzenia, uśmiechy, nawet uściski ze znajomymi biegaczami. Bardzo lubię to miejsce. Okrzyki mocy i wyrazy uznania dla stroju - zebrane.

Na punkcie zjadłam kilka arbuzów, pomarańcze i banany, popiłam izotonikiem i kubkiem ciepłej herbaty. Napchałam się tak, że ciężko było mi ruszyć! Wreszcie uruchomiłam 7 bieg i na ścieżce w dół leciałam jak na skrzydłach, czując, że ciało wreszcie się rozgrzało i weszło na wyższe obroty.

Na długi zbieg z Przehyby nie ma jednak co liczyć: trzeba wdrapać się na Radziejową - najwyższą górę Beskidu Sądeckiego (1262 m), a po krótkim i stromym znów się wspinać, na Wielki Rogacz (1182) i Eliaszówkę (1024).

Dopiero wtedy można się rozpędzić, pod warunkiem wszak, że nie zaczynasz czuć zmęczenia i nie masz zaciągniętych hamulców. A ja już od 15 kilometra czułam wyraźne zmęczenie materiału. Coś jakby odezwały się nagle wszystkie ostatnie biegi: Hiszpania, Tatry, treningi, szybkie spadki cukru. Normalne jedzenie napędzało mnie na chwilę, nie dawało kopa. Dopiero po żelu dostałam drugie, a potem trzecie, czwarte i kolejne życia. Mogłam ich dostać 9, bo tylko taką liczbą żeli dysponowałam. Obawiałam się, że w tej sytuacji może mi nie wystarczyć...

Na połowę trasy miałam przygotowany nutridrink proteinowy, a w plecaku żelki mocy i gorzką czekoladę. Wiedziałam, że muszę biec tak, by do Piwnicznej zyskać zapas czasu. Postanowiłam więc na tym pierwszym odcinku dać z siebie wszystko, co mogłam. Według międzyczasów, gdybym utrzymała takie tempo do końca, finiszowałabym w czasie poniżej 10 godzin. Myślę, że ten wynik byłby całkiem realny, gdybym od początku nie asekurowała się przeciążeniem nogi, a żołądek wrócił do normalnej pracy po Tatra Fest Biegu.

Przed Piwniczną byłam z  bardzo dużym zapasem. Trzymałam tempo, ale pojawiły się momenty kryzysu. Przed zbiegiem do punktu złapał nas ulewny deszcz. Niektórzy stawali i zakładali kurtki, ja truchtałam dalej w koszulce na ramiączkach. Przyjemnie było wykąpać się w tym deszczu! Od początku szalało ciśnienie, nie było gorąco, ani zimno, idealna temperatura, ale coś zmiennego w powietrzu, co odbijało się na samopoczuciu i energii wielu biegaczy. 

Przed zbiegiem do Piwnicznej nieco drogi dotrzymał mi… traktor. Starszy mężczyzna, bez zęba na przedzie, uśmiechnął się wdzięcznie i krzyknął do stojących nieopodal kolegów: „Ja pier..., jaki piękny kwiatuszek!” Wyrazy sympatii słyszałam na każdym kroku. Na jednym z punktów zdobyłam nawet nieoficjalne wyróżnienie za najlepszy strój biegowy!

Betonowe płyty nie zrobiły na mnie tym razem aż tak dużego wrażenia. Owszem, czułam kolana, ale nie było tragedii. Najgorzej jak wybiegasz na asfalt, tam zawsze słońce daje czadu! Już widać most, już wiesz, że niedaleko, a droga znów urywa się w bok, skręca i musisz dobiec do kolejnego etapu.

Gdy wbiegłam do Piwnicznej słychać było niezwykły doping. To czekający na start zawodnicy z 34 km robili taki hałas. Witam się z Izą, będziemy się potem mijały na trasie. Atmosfera na punkcie dodaje mocy, zjadam kilka ziemniaków, parę cząstek arbuza, uzupełniam płyny, szybka toaleta i ruszam dalej. Nie siadam, wiem, że siedzenie może wybić z rytmu.

Kolejny odcinek – czyli trasę 34 km, pokonywałam po raz trzeci. Pierwszy raz trzy lata temu, drugi przed dwoma laty – i tu właśnie wiedziałam już, że nie dobiegnę na czas do punktu w Małej Wierchomli. Tym razem się udaje. Parę kilometrów przed punktem buntuje się jednak żołądek. Czułam jak wszystko, co przyjęłam od rana, podchodzi mi do gardła, brzuch bolał tak, że każdy podskok sprawiał, iż wnętrzności chciały eksplodować. Wreszcie się odezwał, skubany! A ja myślałam, że pierwszą będzie noga! Na asfaltowej drodze do Małej Wierchomli przechodziłam katusze. Postanowiłam iść naprzód, zostawiając sobie alternatywę wymiotowania w krzakach. Minęłam sklep, w którym właśnie otworzyli „browary” zawodnicy z 34 km. Gdybym wpadła na to wcześniej, kupiłabym colę. Pierwszy raz podczas biegu musiałam usiąść. Był 41 kilometr, na punkcie tętniło życiem. Wszyscy rzucili się na jedzenie z prędkością światła, a ja nie mogłam na nie patrzeć. Chciało mi się rzygać, położyć się i zostać!

Zostało 20 kilometrów. Piłam Muszyniankę i gadałam przez telefon. Miałam słuchawki bezprzewodowe, więc siedzący obok koledzy przyglądali się mi, jakbym właśnie zaczęła wchodzić na fazę zmęczeniową i gadała do siebie. Oczywiście, właśnie wtedy pojawił się fotograf! Śmieję się, że biegłam tyle kilometrów, a z biegu mam tylko 2 profesjonalne zdjęcia: jedno, kiedy umieram wewnętrznie (choć na fotografii wyglądam zupełnie nieźle, patrząc na drugi plan), drugie - w najgorszej fazie spadania, gdy zderzasz się z ziemią i w tej właśnie sekundzie wyglądasz tak fatalnie, że fotografowanie w tej właśnie chwili powinno być absolutnie zakazane!

„Masz tyle zapasu, że choćby skały sr..., to i tak ukończysz” – usłyszałam w słuchawkach. „Dasz radę, trzymaj średnie tempo poniżej 11 min./km”. Już miałam ruszać, kiedy dostrzegłam Izę, obok niej kolesia z colą. Patrzę z nadzieją: – Dasz mi łyk? – Ale tylko łyk, sam na nią czekam od paru godzin – odpowiedział chłodno. – Dobry i łyk – odparłam, myśląc sobie: „co za burak!”.

Łyk coli smakował bosko, zaraz poukładało mi się w żołądku. Wypiłam Nutridrink i wzięłam ze sobą garść dextrozy. Jadłam naprzemiennie: raz żel, raz dextrozę. Po normalnym jedzeniu nie czułam pary. Przez moment szłam z Izą, ale postanowiłam wykorzystać przypływ energii.

Podejście na Wierchomlę jest naprawdę długie, ale nie tak strome i trudne, jak je zapamiętałam z poprzednich razów. Ot, nużące poruszanie się do przodu, które sznurem pokonują biegacze. Kojarzę wszystkie miejsca, obrazy jak migawki pojawiają się raz po raz. To, jak kiedyś biegłam z jednym kijkiem, krzycząc „szakalaka!”, to, że kiedy jest niby w dół, to potem znowu w górę, to, że za jakiś czas będzie stromy, mozolny zbieg, na którym i tym razem nie umiałam się puścić.

Od początku biegłam lekko asekuracyjnie, bałam się przeciążeń. Gdyby noga odezwała się wcześniej, byłoby słabo. Odezwała się dopiero po zbiegu do Szczawnika. Był moment, kiedy bolało mnie wszystko jednocześnie: noga, drugi napad żołądkowy i pulsacyjnie głowa. Parę razy wysłałam sms o treści „kryzys”. W odpowiedzi dostałam dobre rady, jak mam wykorzystać kijki, że jestem tak daleko, że nie mogę teraz się poddać. Nie myślałam o tym, żeby się poddawać, po prostu wszystko mnie bolało. A to, na dłuższą metę, nie było przyjemne.

Do mety

Przez parę dobrych kilometrów ścigałam się z pewnym biegaczem. Najpierw on gonił mnie, potem ja jego, potem znowu on mnie, aż w końcu uciekł mi całkowicie, był jednak motorem, żeby większość ostatnich kilometrów biec już ciągiem, aż do Bacówki nad Wierchomlą. Tam w zasadzie już nie przystawałam, wyjęłam tylko kanapkę i próbowałam wcisnąć ją w siebie na podejściu.

Po wdrapaniu się na Runek (1080) został już tylko zbieg, znajomi mówili, żeby tam nadrobić straty. Bywało różnie, nogi coraz gorzej podawały i bolały mnie palce. Ale wiedziałam też, że jestem blisko, a porównując z zawodnikami z 34 km, wyglądam i czuję się jeszcze całkiem nieźle! Wiedziałam też, że pokonałam kryzysy, że w sumie było najbardziej lekko, bez dramatów, bez scen, bez walki o przetrwanie. Oczami wyobraźni widziałam już metę, czułam, że jestem blisko, za parę chwil wbiegnę z głuszy do miasta, ostatni stromy i śliski zbieg pokonuję jadąc z górki jak na łyżwach, teraz tylko uruchomić 7 bieg i dokończyć zawody. Tak też zrobiłam - wybiegam z lasu i przez chwilę biegnę poniżej 4 min./km, czuję moc, wbiegam na metę jak na szybkiej przebieżce, mijając przed linią 4 osoby. Rozkładam ręce w geście zwycięzcy. Udało się, zrobiłam to! Mam te swoje cztery punkty, mam satysfakcję! I… mam niedosyt.

Mimo iż Festiwal Biegowy jest naprawdę wielką imprezą i z roku na rok przybywa zawodników chętnych do tego, żeby się zmęczyć i upodlić, to nie mam zastrzeżeń w kwestii organizacji, punktów żywieniowych i należytego traktowania wszystkich uczestników biegu. Dziękuję wszystkim wolontariuszom za pomoc, wsparcie, uśmiechy i wspaniały doping. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wyruszę na szlak Beskidu Sądeckiego!

Po biegu

Dopiero zaczyna się wyścig. Najpierw w pogoni za PKS-em, potem za pociągiem, który wjeżdża na stację, gdy wbiegamy na schody dworca w Krakowie. Potem przez chwilę wizja, że kolejne godziny spędzimy na żelach i Nutridrinkach. A po wszystkim gonitwa w domu i w pracy.

Po 7 dniach i kilku poprowadzonych treningach fitnessowych, zapomniałam w zasadzie ból tego biegu. Mało tego: przeciążona noga przestała boleć, a żołądek wrócił do stanu używalności. Patrzę w wyniki i wygląda na to, że jak na bieg asekuracyjny, na ogromnym zmęczeniu materiału, osiągnęłam jak na mnie całkiem niezłe noty! 31 miejsce w K30, 63 wśród kobiet ogółem i do tego jedyna w kiecce i wianku! Na moment w głowie pojawia się pewna myśl…

„Alu - pytam moją córkę - myślisz, że mogę być jeszcze szybsza? Może kiedyś coś wygrać? Jakieś pudło?”. „Oczywiście, Mamusiu, ale pamiętaj: możesz zrobić tylko jedną fotkę” - powtarza Ala zasłyszany wcześniej komentarz do moich zdjęć robionych podczas zawodów. Zaczynam się śmiać: „Masz rację, bieg z jedną fotką, trzeba się tego nauczyć, wytrenować wręcz!”

31 kobieta w K30, jedyna w kiecce i wianku… chyba całkiem nieźle wykonałam zadanie? To jak - widzimy się za rok na setce? Do zobaczenia, Krynico!

Magdalena Czechoska

red. Piotr Falkowski


Jeśli zauważyłeś błąd, zaznacz fragment tekstu zawierający ten błąd.






Dziękujemy za przesłanie błędu