Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Piątek, 19 kwietnia. Imieniny: Alfa, Leonii, Tytusa
17/02/2018 - 08:35

Dobra książka. Sądeczanin poleca „Słuch absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem (6)

„Słuch absolutny” pomaga zrozumieć, skąd biorą się ludzie wyjątkowi, jak wielkiej pracy i pasji wymaga zrealizowanie marzeń. W rozmowie z wydawcą i przyjacielem Jerzym Illgiem profesor Szczeklik opowiada o swoim dzieciństwie, domu, mistrzach i najważniejszych lekturach, etapach kariery i przygodach na zagranicznych stażach. Snuje opowieść o zaangażowaniu w Solidarność i represjach w stanie wojennym, spotkaniach z Papieżem, wyprawach w ukochane góry.

Ciekaw jestem kolejnych etapów twojej drogi zawodowej. Uporządkujmy je: Kończyłeś studia w Krakowie – jak to się stało, że wylądowałeś we Wrocławiu?

Po studiach nostryfikowałem dyplom i pojechałem, puszczono mnie na staż podyplomowy do Ameryki, o czym ci już opowiedziałem. Gdy wróciłem z Ameryki, to myślałem żeby się zaczepić  w Krakowie, ale to było bardzo trudne. Nie znajdowałem żadnego miejsca, więc nie mając innego wyjścia, złapałem się tego Wrocławia. I we Wrocławiu pracowałem przez prawie osiem lat. Tam się doktoryzowałem i habilitowałem. Byłem już po habilitacji, szło mi tam szczęśliwie i nawet zacząłem prowadzić laboratorium, w którym od początku pracowałem. Wtedy takim modnym działem jak dziś genetyka były enzymy – one nadal są niesłychanie ważne, ale wtedy to było na topie. To była pracownia enzymologii, zostałem jej szefem. I bardzo dobrze mi tam było. I nagle przyszło zaproszenie z Krakowa – czybym nie został kierownikiem kliniki. Wpłaciliśmy już do jakiejś spółdzielni we Wrocławiu na mieszkanie… Pojechałem do Krakowa i zdecydowałem się od ręki – ku przerażeniu żony, która wtedy kończyła studia. Mieliśmy jeden pokój, marzyło nam się, że będziemy mieli mieszkanie… No, ale przyszedłem z tego Wrocławia do Krakowa.  (…)

(…) Wracając do Wrocławia – twój ojciec po wojnie, w tym morzu ruin, tworzył początki medycyny…

Nie tylko on, choć on porządnie się do tego przykładał. Ale tam była bardzo mocna grupa.

Dla niego to też było zesłanie z Krakowa?

On był na Uniwersytecie Jagiellońskim docentem. W czasie wojny siedział w obozie jenieckim, później go wypuszczono i po wojnie, w 1945 albo na początku 1946 roku, poproszono go do dziekanatu i powiedziano, że albo bierze legitymację partyjną, albo do widzenia, nie ma tu czego szukać. Byli inni chętni, którzy czekali na tę katedrę. On oczywiście nie wziął tej legitymacji. Pojechał do Wrocławia i nigdy tej decyzji nie żałował. Była tam pierwszorzędna paka przyjaciół, kolegów. Tam poszedł cały Lwów, Wilno poszło głównie na Wybrzeże, a tu przyszedł Lwów z wyjątkowymi zupełnie ludźmi z Uniwersytetu Jana Kazimierza, lekarzami, profesorami medycyny, a także znaczna część matematyków, która ocalała – przede wszystkim z profesorem Steinhousem. Oni się z ojcem bardzo przyjaźnili. Hugo Steinhous to legendarna postać, bardzo błyskotliwy umysł. Bywał u nas też jego wychowanek, profesor Knast, bardzo zdolny – to była cała świetna szkoła matematyczna. Dzięki temu, że oni się wieczorami spotykali, gadali – a to było na tamte lata, nawet może i na dzisiaj, bardzo nowoczesne sprzężenie metod matematycznych z biologią i medycyną – wymyślali razem różne rzeczy. (…) Tam powstawały ciekawe interdyscyplinarne prace. Poza tym – to na mnie robiło największe wrażenie, jak byłem młodym człowiekiem – to byli ludzie odważni. W Krakowie, do którego mam ogromny sentyment, wiele mu zawdzięczam i dobrze mi się tu potoczyło życie zawodowe, to jednak – jak pamiętam z czasów studiów i później – spolegliwość wobec władz była daleko bardziej zaawansowana. Pewnie nie we wszystkich dziedzinach, ale jeśli chodzi o medycynę czy biologię, to nie było żadnych wątpliwości. Natomiast tam byli ci lwowiacy, którzy śmiali się od rana. (…)

To było chyba coś z entuzjazmu znanego z Dzikiego Zachodu – klimat pierwszych osadników, którzy są pionierami i muszą tworzyć wszystko od zera.

Absolutnie, oni byli pionierami. Wrocław wtedy to była jedna wielka ruina. Centrum miasta zamieniono w pas startowy dla samolotów. Festung Breslau – Niemcy bronili tej twierdzy do końca. Zburzone i zniszczone miasto płonęło jeszcze długo. Ocalały szczątki, kliniki uniwersyteckie nad Odrą, gdzie później pracowałem, ale reszta miasta nie istniała. I ci ludzie, którzy też wszystko potracili, w jakiś sposób wbudowali się w to. Albo tacy jak mój ojciec, bo nie chciano ich w Krakowie. Myślę, że mieli taką ambicję, że dadzą sobie i tak radę, że zrobią coś tutaj razem. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych to była przodująca szkoła lekarska, biologiczna w polskiej medycynie – bez wątpienia, taka była powszechna opinia.

Trudno tam chyba było mówić o ciągłości, chociaż przedwojenny Breslau to był przecież potężny ośrodek niemieckiej nauki i kultury. Ośmiu noblistów w środowisku uniwersyteckim… (…)

„Słuch  absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem, wyd. Znak, Kraków 2014
Cytowane fragmenty pochodzą z rozdziału „We Wrocławiu wszędzie tych Piastów wywlekano”

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście, zaznacz fragment z błędem i wyślij do redakcji






Dziękujemy za przesłanie błędu

Miesięcznik Sądeczanin marzec 2019 roku