Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 18 sierpnia. Imieniny: Bogusława, Bronisława, Ilony
13/02/2018 - 12:10

Dobra książka. Sądeczanin poleca „Słuch absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem (2)

„Słuch absolutny” pomaga zrozumieć, skąd biorą się ludzie wyjątkowi, jak wielkiej pracy i pasji wymaga zrealizowanie marzeń. W rozmowie z wydawcą i przyjacielem Jerzym Illgiem profesor Szczeklik opowiada o swoim dzieciństwie, domu, mistrzach i najważniejszych lekturach, etapach kariery i przygodach na zagranicznych stażach. Snuje opowieść o zaangażowaniu w Solidarność i represjach w stanie wojennym, spotkaniach z Papieżem, wyprawach w ukochane góry.

Jerzy Illg: Byłbym szczęśliwy, gdyby te nasze rozmowy mogły przynajmniej przybliżyć nas do odpowiedzi na pytanie, które – jestem tego pewien – zadaje sobie wiele twoich pacjentów, przyjaciół, czytelników twoich książek: skąd bierze się ktoś taki jak ty? Kluczowe jest przecież pytanie: jak, dzięki czemu stajemy się tym, kim jesteśmy? Co kształtuje naszą formacje, osobowość – zwłaszcza jeśli jest to osobowość tak bogata jak twoja – co o niej stanowi? W jakim stopniu decyduje o tym dom, tradycja rodzinna, która sprawia że wyznajemy określone wartości, dokonujemy takich a nie innych wyborów życiowych, moralnych, estetycznych? Jak ciąży nad nami przeszłość rodzinna? Ile z niej przejmujemy, a na ile się przeciwko niej buntujemy?
Chyba nie mamy innego wyjścia, jak tylko zacząć od korzeni twojej rodziny – związanej bodaj od XVI wieku z Pilznem – już wtedy Szczeklikowie byli tam burmistrzami…

Andrzej Szczekilk: Nawet wcześniej! W tym maleńkim miasteczku, które otrzymało prawa miejskie od Kazimierza Wielkiego, już w XV wieku pojawili się pierwsi Szczeklikowie, a w XVI wieku burmistrzem był Marcin Szczeklik. Ostatnim burmistrzem przed wybuchem wojny był mój dziadek. (…) Osiadła tam rodzina ze strony ojca. Ojciec mój uważał, że to jest najpiękniejsze miejsce na ziemi i cokolwiek zarobił, pakował w dom rodzinny, który wymagał niebywałych nakładów, bo wszystko się rozpadało. (…)

Ale wracając do twojego wyjściowego, dużo istotniejszego pytania, to wydaje mi się, że im starszy jestem, tym bardziej dopiero zaczynam dostrzegać u siebie cechy rodzinne, które został mi nadane nie przez wychowanie, nie przez wpływ rodziców, ale – musiałbym chyba tak to nazwać – przez geny. Po prostu widzę w różnych swoich zachowaniach, czasem drobnych a czasem mniej drobnych, że to jakby gdzieś z daleka, z daleka szło i po prostu używało mnie w jakimś stopniu jako opakowania, w którym moi przodkowie mają coś swojego zagrać, nie pytając mnie o zdanie. Nieraz to dostrzegam, ale dopiero w ostatnich pięciu, dziesięciu latach…

Co masz na myśli? Mógłbyś podać jakieś przykłady, kiedy się na tym przyłapywałeś, kiedy to odkryłeś?

Właśnie bardzo późno. Wcześniej nigdy nie byłem w jakimś otwartym sporze z rodzicami, może tylko przez jakiś czas. Ale miałem w stosunku do siebie jakąś niechęć, moje wyrzuty kierowałem częściej do siebie niż do świata. Dość długo wyrzucałem sobie na przykład – po cichu, nie mówiąc o tym specjalnie – że wylądowałem na tej medycynie. Przecież tyle rzeczy mnie interesowało, a w sumie po prostu poszedłem, jak to mówią, in footsteps – w ślady ojca. Dlaczego nie zdobyłem się na coś oryginalniejszego?
Dopiero przygotowując się do pisania Katharsis, zacząłem czytać trochę dokładniej różne rzeczy, między innymi Hipokratesa – niestety nie po grecku. Tata mówił po grecku przy stole, co mnie doprowadzało do szału; oni mieli osiem lat klasycznego gimnazjum, więc znali tę grekę – pewnie tak jak twoi rodzice czy dziadkowie. I Hipokrates napisał coś, co dla mnie miało zasadnicze znaczenie: „A jeślibyś miał syna, to dopilnuj za wszelką cenę, żeby poszedł na medycynę, bo nic piękniejszego w życiu nie będzie mógł robić”. Pomyślałem sobie, że może to nie było takie głupie… (…)
Może to stało się samo przez się. Byłem już jakimś tam profesorem, coś tam robiłem, ale ciągle zdarzało mi się zadawać sobie pytanie: „Boże, dlaczego dałem się odciągnąć od muzyki?” Nikt mnie oczywiście nie odciągał, do niczego nie zmuszał, to się po prostu nie dawało już połączyć. Myślę, iż dość wcześnie zdałem sobie sprawę z tego, że gdy musiałem podejmować różne dosyć istotne decyzje, przychodziły mi one dosyć łatwo. Może zacznę od przykładu. Po studiach byłem w Stanach na stypendium. Dobrze mi poszło, po półtora roku czy niecałych dwóch latach zaproponowano mi asystenturę na University of Pennsylvania w Filadelfii, to było dla mnie wtedy wyróżnienie, a nawet spełnienie jakiegoś marzenia. Wyjechało nas na to stypendia trzynastu, wróciło dwóch. Ten drugi kolega zwiał po trzech miesiącach z powrotem do Ameryki, a ja zostałem tutaj sam. (…)
Moi koledzy mieli straszne rozterki: zostać, nie zostać. Ja – nie dlatego, żebym był cokolwiek lepszy, w tym względzie byłem po prostu inny – wiedziałem jedno: że jeślibym nie wrócił do Polski, to mój tato by mnie po prostu wyklął, nigdy więcej by się w życiu do mnie nie odezwał. Wtedy to miało dla mnie zasadnicze znaczenie. On nigdy o tym ze mną nie dyskutował, nigdy nie powiedział mi: „Jedziesz tam, Andrzejku drogi, tylko niech cię Bóg broni…” Nie! Nic takiego nie mówił, ja po prostu wiedziałem. (…)

„Słuch  absolutny”, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem, wyd. Znak, Kraków 2014
Cytowane fragmenty pochodzą z rozdziału „To było coś, co wyniosłem z domu”

Jeśli zauważyłeś błąd, zaznacz fragment tekstu zawierający ten błąd.



Dziękujemy za przesłanie błędu