Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Czwartek, 21 czerwca. Imieniny: Alicji, Alojzego, Rudolfa
przewiń w dół
26/05/2018 - 10:05

Dobra książka. Sądeczanin poleca. Matka w literaturze (6)

Matka – najpiękniejsze słowo na świecie. Znane w każdej kulturze i szeptane przez wszystkie usta. Mama towarzyszy nam w naszych upadkach i żyje naszymi sukcesami, a kiedy odchodzi… zapisuje się w duszy dziecka, by zawsze mogło odnaleźć właściwy kierunek na drodze, która nagle zacznie niepokojąco skręcać.

„Był styczeń 1939 roku. Miała dziewięć lat, zbliżały się jej dziesiąte urodziny.

Jej brat był martwy.

Jedno oko otwarte.

Drugie wciąż we śnie.

Byłoby lepiej, gdyby twardo spała, ale na takie rzeczy naprawdę nie mam wpływu.

Drugie oko otworzyło się nagle i przyłapała mnie, nie mam wątpliwości. Dokładnie w chwili, gdy klęknąłem, by zabrać duszę i złożyć ją lekko w mych nabrzmiałych ramionach. Dusza ogrzała się szybko, choć gdy tylko ją wyjąłem, była miękka i zimna jak lody. Zaczęła roztapiać się w mych ramionach, rozgrzewać. Zdrowieć.

Liesel Meminger zesztywniała i myśli zaczęły jej się mącić. Es stimmt nicht. To się nie dzieje. To nie może się dziać.

Dreszcze.

Dlaczego to zawsze tak nimi wstrząsa?

Tak, wiem, wiem, sądzę, że to ma coś wspólnego z instynktem. Zatamować strumień prawdy. Jej serce w tym momencie zrobiło się śliskie i gorące. I głośne, głośne, takie głośne.

Ogłupiały, stanąłem i patrzyłem.

Teraz matka.

Obudził ją taki sam spazm rozpaczy.

Jeśli chcecie to sobie wyobrazić, pomyślcie o niezręcznej ciszy. O strzępkach, kawałeczkach nadpływającej desperacji, utopionej w pociągu.

Śnieg padał uporczywie i pociąg do Monachium musiano zatrzymać, by oczyścić tory. Kobieta zawodziła. Przy niej jak sparaliżowana stała dziewczynka.

Matka w panice otworzyła drzwi.

Wyskoczyła prosto w śnieg z małym ciałkiem w ramionach.

Dziewczynka musiała iść za nią, bo co miała robić?

Jak już wam wiadomo, z pociągu wysiadło także dwóch strażników. Kłócili się, co należy zrobić. Mówiąc oględnie, sytuacja była przykra. Postanowiono, że cała trójka zostanie odstawiona do następnej stacji i pozostawiona tam, by załatwić to, co konieczne.

Tym razem pociąg wlókł się przez zaśnieżoną krainę, utykając.

Poturlał się i stanął.

Wysiadły na peronie, martwy chłopiec w ramionach matki.

Stały.

Ciało robiło się coraz cięższe.

Liesel nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Dookoła było biało. Stały na stacji, patrzyła na wyblakłe litery napisu. Dla Liesel było to miasto bez nazwy – tu właśnie w dwa dni później pochowano jej brata Wernera. Świadkiem pogrzebu był ksiądz i para trzęsących się z zimna grabarzy.(…)

      Po odejściu z cmentarza matka i córka poszły na stację, by złapać następny pociąg do Monachium.

Obie były blade i chude.

Obie miały opryszczki na ustach.

Liesel zauważyła to w brudnej, zaparowanej szybie pociągu, kiedy wreszcie, tuż przed południem, do niego wsiadły. Cytując słowa, które napisała sama złodziejka książek, ich podróż trwała dalej, jakby WSZYSTKO się stało.

Kiedy pociąg wtoczył się na dworzec w Monachium, pasażerowie wysypali się z niego jak towar z rozdartego opakowania. Byli tam najrozmaitsi ludzie, ale najłatwiej było rozpoznać biedotę. Biedacy ani przez chwilę nie stali w miejscu, jakby przemieszczanie się było remedium na ich stan. Ignorowali fakt, że na końcu podróży czeka ich nowa wersja starych problemów, jak niemiły krewny, którego brzydzimy się ucałować.

Sądzę, że jej matka wiedziała o tym aż nadto dobrze. Nie wiozła swych dzieci do Monachium po to, by zrobiły karierę, ale przynajmniej jasne było, że znalazła się rodzina zastępcza, którą stać było na wykarmienie dziewczynki i chłopca, na zapewnienie im odpowiedniej edukacji.

I chłopca.

Liesel była pewna, że matka niesie wspomnienie o nim jak bagaż na plecach. Upuściła zwłoki. Ręce, nogi i całe ciało klapnęło na peron.

Jak ta kobieta mogła chodzić?

Jak w ogóle mogła się ruszać?

Tych spraw nigdy nie rozumiałem i nie zrozumiem – ile ludzie są w stanie znieść.

Podniosła go i poszła dalej z dziewczynką u boku.

Odbyło się spotkanie z urzędnikami i padły drażliwe pytania o spóźnienie i o chłopca. Liesel wcisnęła się w kąt małego zakurzonego biura, podczas gdy jej matka, z myślami ściśniętymi jak pięści, siedziała na bardzo twardym krześle.

Nastąpiło chaotyczne pożegnanie.

Popłynęły łzy. Głowa dziewczynki zanurzyła się we włochate fałdy znoszonego płaszcza matki. Znów trzeba ją było odciągać.

Kawałek drogi za przedmieściami Monachium leżało miasteczko Molching (co wymawia się „Molking”). Tam właśnie ją zabrano, na ulicę o nazwie Himmel.(…)

      Na początku największe wrażenie robiły wyzwiska. Były takie wulgarne i pojawiały się w nadmiarze. Co chwila padało słowo Saumensch, Saukerl albo Arschloch. Tym, którzy nie rozumieją tych słów, należy się wyjaśnienie. „Sau” odnosi się do świń. Saumensch to obraźliwe, karcące i poniżające określenie istoty rodzaju żeńskiego. Saukerl odnosi się do osób rodzaju męskiego. Arschloch to tyle co „dupek”. To słowo nie przynależy do żadnej konkretnej płci. Po prostu jest.

– Saumensch, du dreckiges! – krzyczała przybrana matka pierwszego wieczora, kiedy Liesel nie chciała się wykąpać. – Ty plugawa świnio! Dlaczego nie chcesz się rozebrać? – Rosa Hubermann umiała się wściekać. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że wściekłość była stałą ozdobą jej twarzy. To dlatego zmarszczki upodobniły ją do pogiętego kartonu.

Liesel poszła się kąpać w stanie absolutnego przerażenia. Nie było mowy, żeby weszła do wanny ani nawet żeby się położyła do łóżka. Skuliła się w kącie przypominającej szafę łazienki, szukając schronienia w nieistniejących ramionach ścian. Nie było tu nic poza suchą farbą, urywanym oddechem i potokiem przekleństw Rosy.

– Zostaw ją – Hans Hubermann wtrącił się do potyczki. Jego ciepły głos torował sobie drogę do Liesel jak przez gęsty tłum. – Zostaw ją mnie.(…)

Kiedy po dwóch tygodniach pobytu u Hubermannów Liesel w końcu się wykąpała, Rosa o mało nie udusiła jej w uścisku. Ściskając ją, powiedziała:

– Saumensch, du dreckiges! – już najwyższy czas!

Po kilku miesiącach nie było mowy o „panu” czy „pani Hubermann”. Z typową dla siebie lapidarnością Rosa powiedziała:

– Słuchaj, Liesel, od teraz możesz mi mówić „mamo”. – Zastanowiła się przez chwilę. – A jak mówiłaś do swojej prawdziwej matki?

– Auch Mama. Też „mamo” – spokojnie odpowiedziała Liesel.

– No to ja będę twoją mamą numer dwa. – Rosa spojrzała na męża. – A tego tam... – wydawało się, że zbiera słowa, by jak kule potoczyć je po stole – tego Saukerla, brudną świnię, masz nazywać „papa”, verstehst? Zrozumiano?

– Tak – pospiesznie zgodziła się Liesel. Szybkość odpowiedzi była ceniona w tym domu.

– Tak, mamo – poprawiła ją mama. – Pamiętaj, Saumensch, że masz do mnie mówić „mamo”.

Hans Hubermann właśnie skończył skręcać papierosa – poślinił bibułkę i zawinął go. Spojrzał na Liesel i mrugnął. Nie będzie miała problemów z mówieniem do niego „papo”.”

Cytaty pochodzą z książki Markusa Zusaca „Złodziejka książek” wyd. Nasza Księgarnia.

Jeśli zauważyłeś błąd, zaznacz fragment tekstu zawierający ten błąd.



Dziękujemy za przesłanie błędu