Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Sobota, 21 kwietnia. Imieniny: Jarosława, Konrada, Selmy
przewiń w dół
11/01/2018 - 07:20

Kacyk – 2.

(o poranku)

Naskrobałem teoretyczną rozprawkę o kacyku. Gdzieś tam odezwały się nożyce – niepotrzebnie, bo nie o nich mowa. Ale z drugiej strony…

Dziś muszę poczynić pewne wyznania. Wyznanie 1. I mnie uwodziła myśl, by tańczyć wokół ogniska, zjadać wątrobę nieprzyjaciela, zapić pombe, uwalić się w krzakach, rano dopaść córkę szamana. Ledwie się wybroniłem, a to dzięki niedostatkowi ambicji.

Wyznanie 2. Zaryzykuję tezę, że „natura kacyka” odzywa się niemal automatycznie w (prawie) każdym, kto wkracza na salony małej czy większej polityki. I wcale mi nie chodzi tylko o Ziobrę, Macierewicza, całą te ferajnę.

Kacyków w SLD pamiętam, kacyków w Platformie… No, owszem, trochę wyższy iloraz, czasem – wystudiowana „pańskość”: nic nie załatwimy, ale odprawimy cię grzecznie. Czasem nadmierne mniemanie o swoim rozumie. Dobre i to, skoro alternatywą bywają grube wyzwiska, styl kaprala czy wręcz klawisza. Te „Targowice”, te „stoicie tam, gdzie ZOMO”…

A pamiętacie wy komedię Moliera „Świętoszek”? Oszust (Tartuffe, ów świętoszek właśnie) nie miałby pola do działania, gdyby nie naiwność Orgona, tego, który się oszukiwać chętnie daje.

Do czego zmierzam? Do tego, że i kacyk, żeby mieć sukces, wymaga otoczenia, w którym jego postępki są akceptowane. Gdyby kacykowi dać od razu odczuć, że nie tędy droga, nie urósłby w swej roli, nie byłoby kłopotu.

Na przeszkodzie staje nam, w Polsce, nasza dobrotliwość. Moja też. Dobrotliwość lub lenistwo. Ten ku..s kacykuje? przejdzie mu. Tak myślimy.

No i zadawnione nawyki. Za dziadów tak było, że się pana pod kolana podejmowało, a grosz do kieszeni wpadł. Za ojców tak było, że sekretarz, „dobry pan”, dal asygnatę na cement. Za naszej młodości tak było, że „szło się dogadać”.

Ot i teraz. Weźmy radę Gminy. 15 członków Rady. Żadnego obowiązku poza przyjściem na sesję. Można nic nie robić, byle podnieść rękę. 500 zł wpadnie bez podatku. Radny myśli o całej Gminie, ma na uwadze jej dobro. Ta wytężona uwaga to 500 zł. [Na przykład u nas, w Piwnicznej, dwoje radnych odczuło niezręczność swej roli i oddało mandat.]

Co trzeci radny jest równocześnie sołtysem/osiedlową. To kolejne 200-300 złotych. Tu już trzeba by coś zrobić dla osiedla, organizować opinię, zabiegać o drobne prace w sołectwie. Sołtys koncentruje się na wąskim odcinku, swoim. Zrozumiałe, że chce mieć wójta „ugadanego”.

Zaś radny powinien patrzeć na całą Gminę. Korzyść dla jego osiedla ma płynąć nie z potakiwania władzy, ale z rozwoju Gminy jako całości. Radny jest obowiązany (za te 500 zł właśnie) mieć jakąś wizje rozwoju Gminy. Jeśli jej nie ma, jeśli cicho siedzi, staje się pożywką dla rozkwitu wójta-kacyka.

Wniosek. Łączenie funkcji radnego i sołtysa nie rokuje dobrze dla samorządu. Szarpie się taki ktoś jak woźnica, któremu każą ciągnąć wóz, zaprzęgnięty w konia i kozę. Ani on woźnica, ani pasterz.

A kacykowi w to graj.