Trwa wczytywanie strony. Proszę czekać...
Środa, 15 sierpnia. Imieniny: Marii, napoleona, Stelii
27/02/2015 - 14:54

Historia: AK na Sądecczyźnie. Od Wilka do Tatara (2)

Pod koniec 1943 roku Oddział Partyzancki „Wilk” miał już za sobą kilka głośnych akcji, w tym jedną w pełni udaną, w Wierchomli. Zdobyte tam wyposażenie pozwoliło uzbroić cały, około 30-osobowy oddział. Istotnym łupem ze względu na zbliżającą się zimę były też koce i mundury.
W kolejnej dużej akcji przeprowadzonej z początkiem listopada na tartak i posterunek Forstschutzu w Rytrze udział wzięli głównie partyzanci z obwodu Nowy Sącz AK, a oddział Jana Stachury „Adama” wystawił jeden pluton. Pluton „Ognia” w tym czasie budował obóz pod Czerwonym Groniem, w pobliżu Hali Długiej w Gorcach.

Początek akcji w Rytrze tak opisuje starosądeczanin Tadeusz Czech „Wicek”:
„Było nas 50 ludzi. Akcja miała się rozpocząć o godz. 24-ej. Przed wymarszem z podworca „Stoka” podszedł „Adam” z litrem samogony i każdy wypił kieliszek, bo noc zapowiadała się zimna. Przeszliśmy w poprzek Roztokę i na górze Mikoska nad dworcem kolejowym czekaliśmy do północy. Nasza grupa przeskoczyła przez torowisko dworca kolejowego, wdarliśmy się na teren tartaku przez płot razem z „Kobrą” i od strony tartaku zaatakowaliśmy drzemiących w wartowni Niemców. Wpadli za nami koledzy z „Gryfem” na czele. Broń dostała się do rąk chłopaków bez walki. Trwało to sekundy. Teraz biegiem do maszynowni. Niemiec gdy nas zobaczył, podbiegł do syreny. Ledwie jej dotknął, wydała krótki ryk, a sprawca zwalił się na posadzkę nieprzytomny z rozwaloną uderzeniem pistoletu twarzą broczącą z ust i wybitych zębów krwią. Ten sygnał obudził Niemców z TODT śpiących u Paperlego...”

Mimo początkowego zaskoczenia Niemcy zaczęli się bronić z użyciem granatów i broni maszynowej. Partyzanci zabrali pasy transmisyjne i unieruchomili maszyny w tartaku, ale nie udało im się dostać do piwnic i magazynów. Tak odwrót opisuje „Wicek”:
„Ogień i ogłuszający huk w ciasnym korytarzu zaskoczył nas. Nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia. Jeszcze otworzyły się dwoje drzwi i znów poleciały granaty. „Kobra” jeden, a ja drugi kopnęliśmy na koniec korytarza, gdzie wybuchły wywalając drzwi wychodzące na balkon. Strzelaliśmy teraz z pistoletów do drzwi na prawo i lewo i uciekaliśmy(...). Zmieniliśmy magazynki za zakrętem korytarza na schodach. Strzeliliśmy jeszcze parę razy w korytarz i w nogi. Przebiegliśmy przez szosę i wskoczyliśmy za podmurowaną skarpę koło mostu. Tu opierając RKM na krawędzi muru, strzelał „Hans” seriami po oknach domu, skąd co jakiś czas błyskały ogniki strzałów z broni ręcznej i maszynowej. (…) Z daleka rozległ się gwizdek „Adama” kończący akcję...”

Jeszcze nocą partyzanci wycofali się na Przehybę, następnie oddział odskoczył w kierunku Dzwonkówki. W dzień z trzech stron: od strony Szczawnicy, Starego Sącza i Rytra wyszła niemiecka obława, jednak nie udało im się dogonić Polaków.

Dowódca oddziału, Jan Stachura „Adam” był lubiany i cieszył się zaufaniem partyzantów, mimo swojej funkcji nie wywyższał się. Po akcji w Wierchomli, w trakcie odskoku, nosił nawet ciężki sprzęt, kiedy widział, że jego podkomendni są przeciążeni i zmęczeni.
Oddział Partyzancki „Wilk” stanowił teoretycznie jedną całość, jednak między członkami poszczególnych plutonów były pewne różnice. Pierwszy pluton składał się głównie z ludzi pochodzących z południowo-zachodniej części powiatu limanowskiego, z okolic Mszany Dolnej. Partyzanci ci mieli na ogół lepsze wykształcenie niż członkowie plutonu dowodzonego przez Józefa Kurasia. Podkomendni „Ognia” to górale podhalańscy, pochodzili głównie z Waksmundu i okolic, w znacznej części byli weteranami Konfederacji Tatrzańskiej. Byli też sympatykami ruchu ludowego, a sam "Ogień" od 19. roku życia był członkiem Stronnictwa Ludowego, które przed wojną w Nowym Targu przeprowadzało ostre protesty przeciw sanacyjnemu reżimowi. Pluton Kurasia często musiał wykonywać ciężkie prace fizyczne, podczas gdy partyzanci pierwszego plutonu odbywali kurs podchorążych, co powodowało pewne napięcia. Waksmundzianie nie mogli wracać do domu nawet na święta ze względu na infiltrację ich wioski przez konfidentów.

Jednak członkami oddziału nie byli tylko górale podhalańscy i mszańscy Zagórzanie, wspomnieć trzeba choćby pochodzącego ze Śląska Cieszyńskiego Adolfa Bałona ps.„Ryś”oraz Kanadyjczyka Huberta Brooksa i Szkota Johna Duncana, zbiegów z oflagu niemieckiego.
W połowie listopada doszło do zmiany, która była dużym zaskoczeniem dla członków oddziału. Komendant Inspektoratu AK Nowy Sącz zmienił dowódcę oddziału, odwołując szanowanego i lubianego Jana Stachurę „Adama”. Jego następcą został por. Krystyn Więckowski „Zawisza”, zawodowy wojskowy, który miał poprawić rzekomo kulejącą dyscyplinę i zaktywizować partyzantów. Stachura odszedł z „Wilka” celem założenia nowego oddziału w okolicach Mszany Dolnej. Nowy dowódca nie miał doświadczenia w dowodzeniu leśnym oddziałem i od razu wprowadził niemal koszarowe „porządki”, które zupełnie nie przystawały do realiów partyzanckich. Doprowadziło to od razu do wielu napięć. Nowy dowódca chciał zbudować sobie autorytet m.in. tak groteskowymi działaniami jak karanie za… brak guzika w płaszczu. Takie zachowanie dowódcy mogło być uzasadnione przed wojną, wobec młodych poborowych w koszarach, ale w czasie wojny i do tego w oddziale leśnym były zupełnym nieporozumieniem.

23 grudnia 1943 r. doszło do wstrząsającego wydarzenia, które miało wpływ na późniejsze osłabienie OP „Wilk”. Pełniący wartę partyzant o pseudonimie „Młot” upił się do nieprzytomności. „Zawisza”, dowiedziawszy się o tym, rozkazał przewieść go na saniach do obozu. Na miejscu podszedł do leżącego „Młota”, wyciągnął pistolet i strzelił mu w głowę.

„Młot” bez wątpienia zachował się nieodpowiedzialnie, naraził kolegów na niebezpieczeństwo i zasłużył na karę. Jednak por. Więckowski swoim nieprzemyślanym zachowaniem, zabiciem partyzanta bez sądu, nie przysporzył sobie autorytetu w oddziale.
Atmosferę na jakiś czas poprawiła partyzancka wigilia. Przed Bożym Narodzeniem 1943 roku do obozu „Wilka” pod Czerwonym Groniem przybył z Nowego Targu ks. Józef Kochan ps. "Krzysztof", który udzielił sakramentu pokuty i komunii świętej. Partyzanci śpiewali kolędy i mogli uraczyć się lepszym jedzeniem.

Na Boże Narodzenie „Zawisza” udał się do żony, która przebywała pod Tymbarkiem. Kilka osób z okolic Mszany udało się do domów, a część skorzystała z gościny gospodarzy schroniska na Lubaniu. „Ogień” wraz z szesnastoma podkomendnymi musiał zostać w obozie pod Czerwonym Groniem. Na czas nieobecności por. Więckowskiego Józef Kuraś objął dowodzenie oddziałem.
Cdn.

Andrzej Bieda

Na zdjęciu: partyzanci AK nad Tylmanową, rekonstrukcja GRH Żandarmeria, Arekov.
[email protected]

Bibliografia:

Maciej Korkuć, Józef Kuraś "Ogień". Podhalańska wojna 1939 - 1945, Kraków 2012; Tadeusz Czech "Wicek", Tym groźniejszy, że zdecydowany zginąć,część druga, Stary Sącz 1989

**
Autor pochodzi ze Starej  Wsi  k. Limanowej., jest absolwentem politologii na UJ (2010). Interesuje się historią Armii Krajowej w naszym regionie. Angażuje się w rekonstrukcje historyczne AK.

Przeczytaj też:

http://archiwum.sadeczanin.info/rozmaitosci,9/historia-ak-na-sadecczyznie-od-wilka-do-tatara,68481#.VPB1Li5waUk

Jeśli zauważyłeś błąd, zaznacz fragment tekstu zawierający ten błąd.
www.sadeczanin.info




Dziękujemy za przesłanie błędu